06:05
25 maj 2019
sobota

Północna.tv

Ty też masz swój głos!

Najgorsze samochody sportowe świata? Patrzcie!

Zamieszczono dnia czw., 2019-05-09 12:31

To może bardzo boleć i będzie bolało, bo gdy niektóre firmy samochodowe zabierają się za stworzenie prawdziwego (dobra, w niektórych przypadkach udawanego) samochodu sportowego, to bardzo często drugie skrzypce zaczynają grać księgowi, którzy z tego co miało szanse wzbudzać emocje i przyspieszać bicie serca, zostawiają wtedy najczęściej jakieś partactwo wywodzące się w prostej linii z prostego równania modyfikacji części, które zostały na półkach po cywilnych wersjach i ckliwej nazwy jak Huragan GT albo Syfylis STX. Lista tych TU słabych pojazdów, to subiektywna lista w moim mniemaniu samochodów, które nie miały prawa się pojawić w takiej formie, jak są – a wydaje się, że wystarczyło tylko się przyłożyć. Dopracować, bardziej wynikliwie przebadać rynkowe wymogi. 

 

CHEVROLET CAMARO IRON DUKE

 

 

Czas buntu, dzieci kwiatów, rewolucji seksualnej oraz rock & rolla to były wczesne lata 60-te. Powstało wtedy mnóstwo ciekawych konstrukcji sportowych, i duży w tym udział mają produkty amerykańskie. Naturalny silnik, który przewidywano do każdego US bolidu nie mógł mieć innej budowy niż widlasta, a liczba cylindrów określała się cyfrą osiem – czasem sześć. W 1966 roku Chevrolet zaprezentował przełomowe Camaro - ładny, sportowy samochód, który miał dawać frajdę za mniej, niż Corvetta. Niestety... w roku 1982 do głosu doszła 3-cia generacja Camaro, kanciasta ale charakterystyczna stylistycznie dla tamtych czasów – dla wielu, oraz dla mnie – bardzo atrakcyjna i udana projektowo. Pozostaje tylko jedno pytanie: Dlaczego Chevrolet „wykastrował” Camaro montując w tym właśnie pojeździe 90-konny 4-cylindrowy silnik? Do dziś zachodzę w głowę co ich do tego zmusiło – dodatkowo zastosowali 3 biegowy automat. Efektywny jak erekcja emeryta.

90-konne Camaro stało się przez kolejne 11 lat produkcji pośmiewiskiem nie tylko w Stanach, w których osiągami dorównywało wtedy mu, małe jugosłowiańskie YUGO. Amerykanie tłumaczyli się zapotrzebowaniem na auta ze zmniejszonym zużyciem paliwa – gówno prawda! 2,5-litrowy 4 cylindrowy silnik, był tak słaby że „wychłeptywał” wcale nie, aż tak mniej paliwa co inne jednostki np. dolne V6 z palety silników. Dodatkowo zamulony skrzynią biegów nie mogącą nic wydusić z przecież nie lekkiego samochodu sportowego, odstawał na wielu polach. Camaro „Iron Duke” wykonały wielki krok wstecz w kierunku rozwoju amerykańskich samochodów sportowych. W 1993 roku pożegnaliśmy ten model na wieki... Chevrolet nie powtórzył tego zabiegu w kolenej generacji Camaro.

 

 

HYUNDAI S-COUPE

 

Ten samochód ze sportem miał tyle wspólnego co Michał Wiśniewski w rozsądnym dysponowaniem pieniędzmi. W roku 1974 w Korei ruszyła linia montażowa pierwszego masowego Hyundaia – modelu Pony, choć z kucykiem wiele wspólnego nie miał – był raczej spasiony kuc, by nie powiedzieć zajechana klacz.

Model Pony (na innych rynkach też oferowany jako Excel) był nieuzasadnioną podstawą do myślenia i stworzenia samochodu stricte sportowego – dodatkowo podkreślono jego przeznaczenie nazywając go: S-coupe. Wprowadzenie go na rynek, ani nie wywołał szoku, nie zagroził też w nawet najmniejszym stopniu innym producentom (w ogóle zachodzę w myślenie, czy ktoś zauważył fakt powstania tego modelu). Początek lat 90-tych objawił wiele ciekawych samochodów w tej klasie, które zasłużyły na lepszą, większą uwagę, wymienić tu można choćby Toyotę Celickę, BMW E36 Coupe, Hondę CRX czy Subaru Imprezę. Hyundai po latach tułaczki w roku 1996 postanowił dać sobie spokój z nad wyraz kiepskim S-coupe i zaprezentował światu model Coupe – naprawdę dobry, choć nie rewelacyjny. O kiepskim S-coupe wszyscy zapomnieli, zapomnieli że miał słaby benzynowy silnik 1,5 (czasem z TURBO) – zapomnieli, i dobrze. Samochód sportowy po prostu musi być jakiś, - ten nie miał charakteru.

 

 

W dodatku nijak ma się sylwetka samochodu do nazewnictwa wersji nadwoziowej coupe – to był poprostu 2 drzwiowy sedan.

 

DAEWOO LANOS SPORT

 

Nazwanie samochodem sportowym Lanosa w specyfikacji „Sport” to chyba gruba przesada – mogę przeprosić. Co Daewoo przygotowało swoim klientom, którym zwykły Lanos wydawał się być mało wyrazisty? Przygotowało Lanosa w nadwoziu najmniej popularnym ze wszystkich oferowanych – 3 drzwiowy hatchback. Co zrobili by uczynić go sportowym? Obniżyli bądź utwardzili zawieszenie – nie. Zaprezentowali nowy, podkręcony silnik? – nie. No więc co zrobili? Zmiany objęły uwaga: różowo-fioletowe obszycie kierownicy, pomalowanie konsoli centralnej na srebrno i zastosowanie nowego podziału… żarówek tylnych świateł. Kształt lamp został ten sam. Na nowo wystylizowali też przedni zderzak, z tyłu dorzucili do starego dokładkę. Co posłużyło za motor? Znany z innych odmian, topowy silnik Lanosa - posłużył jako serce do napędzania „Sporta” – był to benzynowy 1,6 16V o mocy 106 KM: 185 km/h i ok. 10 sek. do setki. Dość dynamiczny lecz też paliwożerny (palił conajmniej, co 2-litrowe silniki konkurencji). Dziś model Sport to ciemna karta w historii Koreańskich aut – zresztą trochę jak Daewoo, którego nie ma z nami.

 

Lanos Sport: To wszystko, okraszone ceną w salonie Daewoo wynoszącą 49,900 zł. Nic więc dziwnego, że… zbankrutowali. Sam Lanos jako samochód, mimo że na naszych drogach już mocno się opatrzył, w czasach gdy go zaprezentowano (do Polski dotarł w 1997 roku, model „Sport” w 1999 r.) nigdy złym samochodem nie był, jak na segment B/C miał kilka istotnych zalet. Niestety konkurenci Lanosa Sporta – m.in. Corsa OPC czy Polo GTI mocno zostawiały w tyle koreański wybryk natury, co więcej były od niego tylko nieznacznie droższe.

 

 

PORSCHE CAYENNE DIESEL

Przecież jak Porsche zabiera się za samochód, to musi on być naprawdę dobry - nic bardziej mylnego. Każda firma ma w swojej historii model, który z chęcią wsadziła by w krzaki, by przynajmniej opinii o marce już nie psuł. Mamy jednak ten wątpliwy zaszczyt żyć w czasach, kiedy Porsche wprowadza do sprzedaży a pod maskę SUV'a pakuje... diesla - norma u innych, ale Porsche? Pół biedy, gdyby był to potężny V12, pięciuset konny agregat, narodzony na torach wyścigowych - wsadzenie go do "Władcy Pierścieni" Q7 to strzał w dziesiątkę – również rynkowy. Przecież, nie mogli tego samego zrobić z Cayennem, którego wizerunek jest przecież znacznie bardziej sportowy? Zamiast tego mamy trzy litry, sześć cylindrów i 240 KM. Nie wiedzieć czemu, Porsche nie chwali się osiągami. Potwornie ciężki samochód, który ma zapewniać jeszcze sportowe doznania - efekt? ma zwyczajowo za słaby silnik. Nam pozostaję się cieszyć, że nie wsadzili tam 1.4 TDI z Polówki.

Nie wszystko się jak widać powiodło po przejęciu Porsche przez Volkswagena. Cayenne to symbol buntu miłośników marki, a dla jej samej ogromne zyski.

 

 

OPEL INSIGNIA OPC

W latach 80-tych, szczególnie na zachodnich autostradach postrach budził Lotus Omega – wielki, przysadzisty sedan o ogromnej mocy (pisałem o nim niedawno na www.polnocna.tv). Po latach wielu generacji Vectry, przyszedł czas zrobić sportową odmianę najpopularniejszego samochodu menedżerów średniego szczebla – Insigni. A co z jego sportową odmianą OPC? Mimo wyjątkowo mocnego silnika o mocy 325 koni mechanicznych auto jest ciężkie jak księżyc i obarczone napędem na przednie koła. Ma jak każdy mocny Opel z przeciągu ostatnich lat tendencje do wyjeżdżania z łuku. Efekt? Octavia RS czy Leon Cupra mimo mniejszych mocy są szybsze na torze i przyjemniej się prowadzą. Insignia w dodatku jest naprawdę MEGA ciężka – osiągi wersji OPC wyjątkowo nie powalają, a przy tej mocy powinny zabijać konkurencje. Trudno o lepszy werdykt niż wyniki sprzedaży – te wyraźnie mówią, że czas w Oplu pierwszej Insigni OPC nie należał do udanych. Cieszy, że obecna Insignia to zupełnie inna para kaloszy.

 

Bartłomiej Chruściński / Zdj. Producenci, internet.