
28 stycznia 2026 roku Pruszcz Gdański stał się miejscem wyjątkowych uroczystości upamiętniających jedną z najtragiczniejszych kart historii II wojny światowej – Marsz Śmierci więźniów KL Stutthof. Obchody 81. rocznicy tego dramatycznego wydarzenia zgromadziły mieszkańców miasta, przedstawicieli władz lokalnych i parlamentarzystów, służby mundurowe oraz organizacje dbające o pamięć historyczną. Wydarzenie uświetnili żołnierze Kompanii Honorowej 49. Bazy Lotniczej w Pruszczu Gdańskim.

25 stycznia 1945 r. rozpoczęła się ewakuacja więźniów obozu Stutthof. Szacuje się, że w trasę ruszyło ponad 11 tys. osób, z których 5 tys. zmarło od mrozu oraz kul strażników. Miejsce pochówku wielu z nich wciąż pozostaje nieznane.
W styczniu 1945 r. w obawie przed zajęciem Konzentrationslager Stutthof przez Armię Czerwoną podjęto decyzję o ewakuacji. Wzięli w niej udział również przeniesieni wcześniej więźniowie z Estonii, Łotwy i Litwy. Trasę wyznaczono przez Mikoszewo, Świbno, Cedry Małe oraz Wielkie, Pruszcz Gdańsk, Kolbudy, Łapino, Niestępowo, Żukowo, Przodkowo i Pomięczyno. Marsz rozpoczął się 25 stycznia o czwartej rano. Codziennie, przez 11 dni, trasa obejmowała ok. 20 km w ok. 20-stopniowym mrozie. Więźniowie maszerowali w dziewięciu kolumnach pilnowanych przez strażników.
Eskorta każdej kolumny składała się z podoficera SS i 40 SS-manów uzbrojonych w pistolety maszynowe, granaty i dwa karabiny maszynowe. Do ich dyspozycji były także specjalnie przeszkolone psy. Przed wejściem do wioski żołnierze krzyczeli „Stutthof idzie!”. Zabraniano podchodzenia do więźniów i pomocy, mimo to ludność kaszubska starała się dostać do stodół, gdzie więźniowie nocowali i poczęstować ich jedzeniem. Pomagano również tym, którym udało się zbiec.
Tak marsz wspomina jego uczestnik Wacław Mitura: – Nie mogąc nadążyć za kolumną, pozostają w tyle. Zaczynają się słaniać. Dalej iść niestety już nie mogą. Biciem i kopniakami esesmani zmuszają ich do dalszej drogi. W końcu padają. Seria z automatu kończy ich drogę życiową. Na zaśnieżonej drodze leżą broczące krwią trupy w pasiakach. Poganiana przez eskortę kolumna sunie naprzód. Na widok takiej śmierci pozostałych współwięźniów ogarnia panika. (…) Przerażone na tyłach piątki wybiegają z szeregu, pędzą kilkadziesiąt metrów do przodu, by zająć miejsce jak najdalej od tyłów. Ale słabsi, nie mogąc i tak nadążyć, pozostają w tyle. A od tyłów kolumny coraz częściej dolatują śmiercionośne strzały”.
Inny były więzień, Leon Koncewicz, zapisał: „Marsz wśród śniegów i solidnego mrozu staje się coraz cięższy. Kolumna zamienia się w pochód wlekących się z głodu i słabości ludzi, obojętnych już na szczekanie psów, tylko kolby esesmańskich karabinów spadające na plecy więźniów powodują chwilowe przyspieszenie marszu lub upadek więźnia. Słabsi coraz częściej mimo pomocy koleżeńskiej zostali w tyle, a esesmani z diabelską uciechą urządzają sobie współzawodnictwo w celności strzałów uśmiercających tych, co zostali i zasłabli. Huk wystrzału oznaczał śmierć kogoś z nas – więźniów. Droga za nami zaczynała się znaczyć czerwonymi plamami na białym śniegu a ciała konających więźniów coraz częściej pozostają na tragicznym szlaku. Zostali bezimienni, bo nikt nie spisał ich numerów i nigdy ich rodziny nie znajdą ich grobów i prochów. Marsz ewakuacyjny zaczął się przeradzać w marsz śmierci”.

