
Z okazji rocznicy Bitwy Warszawskiej 1920 nie może zabraknąć odniesienia do jedynej i najgorszej filmowej opowieści o najwybitniejszym zwycięstwie polskiego oręża w XX wieku. Podkreślę – nie o CUDZIE (bo nazywanie tego zwycięstwa cudem uważam za policzek dla polskich żołnierzy i ich dowódców) a o ZWYCIĘSTWIE.
Przed Wami Jerzy Hoffmann i jego „1920 Bitwa Warszawska” z 2011 roku.
Ten film to doskonały przykład jak nie robić kina historycznego – szkoda tylko, że podobnie jak Kawalerowicz „Quo vadis”, tak inny wielki twórca polskiego kina pożegnał się z widzami czymś takim, czyli nieoglądalnym gniotem. Nic tu się nie zgadza właściwie i nic się nie udało, a zamiast patriotycznego widowiska wyszła nieudana, niezamierzona parodia – scena uwieczniona na zdjęciu jest chyba najlepszą tego ilustracją.
Pierwsza polska pełnometrażowa produkcja w 3D to wizja naszej historii uproszczona do granic możliwości, gdzie komiksowo-czytankowa narracja wymieszana jest z nadmiarem patosu, sentymentalizmem i tanim dydaktyzmem. W całym filmie nie ma za grosz dramaturgii i nie chcę już posuwać się do nazywania tego filmu agitką, ale niestety sporo tu cech słabej, kiczowatej propagandy w dodatku doprawianej wątkami, które są ukłonem w stronę tej „nowocześniejszej” widowni, co razem dało naprawdę niestrawną całość.
Jedyne co jest strawialne w tym filmie, to muzyka Krzesimira Dębskiego, ale on nawet jak połączy z sobą trzy dźwięki, to jest ładnie.
Jeśli dodamy do tego słaby casting z Nataszą Urbańską na czele (jedynym, który aktorsko stanął na wysokości zadania jest Adam Ferency) no to zostaje tylko opuścić zasłonę milczenia i po prostu o tym „dziele” zapomnieć.

