
Świeżo po premierze Odysei Nolana, filmu, który wzbudzał kontrowersje na długo zanim ktokolwiek go w ogóle obejrzał. Obserwując całą imbę wokół, w sensie czarną Helenę, transpłciowego wojownika, doszłam do wniosku, że nie nastawiam się absolutnie na nic.
Generalnie nie tego się spodziewałam. Nie jest to arcydzieło, nie jest to chłam. Film jest dobry i zły jednocześnie. Jest dobrze wyreżyserowany i źle napisany. Dzieje się tak za każdym razem, gdy Nolan staje się i reżyserem i scenarzystą. To pierwsze mu wychodzi, to drugie nie, o czym świadczą choćby nadęte, miejscami całkiem bezsensowne dialogi.

Fabuła dzieje się w Grecji – ale to tak nie-greckie plenery, nie-grecka przyroda, kompletny brak odniesień i akcentów kultury – nawet jednej amfory nie ma. Bogini grecka Atena – grana przez Zendayę – wygląda jak wkurzona Zetka, nie posiada ani jednego atrybutu, po którym moglibyśmy ją rozpoznać. Generalnie jakby kto nie wiedział, gdzie się to wszystko rozgrywa, to nie wpadłby, że to Grecja. Jest ciemno, szaro, nie ma kolorów.

Świat przedstawiony jest nierówny. Są miejsca, które są ogólnie bez sensu – np. drakkar, ale jak kamera wjeżdża na pokład, to jest dopracowany w każdym detalu. To trudne do wyjaśnienia. To są pojedyncze miejsca w tym filmie, które niby nie pasują, ale jak się bliżej przyjrzymy, to są dopracowane. Oprócz Troi i Trojan. Troja wygląda jak Psia Wólka, nie ma przepychu, bogactwa, nic o co można w sumie powalczyć przez dziesięć lat. Jest uboga. Szczególnie gdy płonie i się wali – wygląda jak pueblo z gówna i trzciny. Trojanie wyglądają jak zbieranina orków z Pierścieni Władzy, w tych jasnych pancerzykach i hełmach jak z kartonu. No można było lepiej. Generalnie giganci w płytowych zbrojach to też osobliwa ciekawostka. Cyklop dał radę i jako jedyny bronił honoru CGI, bo już Charybda to jakiś dramat, taki glut wyskakujący z góry i ciamkający żeglarzy…
Lokacje nie powalają. W sumie najbardziej podobają mi się… zaświaty
Wnętrza też są takie sobie, ciemne, ponure. Ciuchy są też pretensjonalne, np. spodnie jakie noszą Grecy – nie wiem po co.

Kreacja bohaterów jest miejscami dziwaczna, i tak doświadczamy na ekranie Petera Parkera (Tom Holland), Batmana/Lorda Vadera w postaci króla Agamemnona, Menelaosa wyglądającego jak ogolony Robin Hood. Jestem rozczarowana Kirke, wyglądającą jak chytra baba z Radomia, Kalipso wygląda i gra świetnie. W ogóle, jak to u Nolana po ekranie biega i skacze pół Holywoodu – ale to na plus. Chyba największe pretensję mam o Odyseusza i sposób, w jaki został przedstawiony w pierwszej części filmu. Jaki był Odyseusz w dziele Homera? Cytując klasyka: ku*wa sprytny! A na ekranie nie jest niestety – patrz jaskinia Cyklopa.






Film został zrealizowany w technologii IMAX, i spodziewałabym się większego rozmachu w scenach – ale Nolan postawił na kameralne ujęcia. I o ile skadrowany jest nieźle, to pocięty i pomontowany jest tragiczne. Nolan bawi się linią czasową – i dobrze, bo tu to dobrze działa – ale film ewidentnie cięła małpa z brzytwą, a kleiła go na ślinę i sznurek. A, i w niskim kluczu kolorował kominiarz. W całym filmie mamy z cztery palety kolorystyczne, niebieską, czarno-czerwoną, pastelową i siną.

W odróżnieniu od Oppenheimera, udźwiękowienie jest świetne, wszystko można zrozumieć. Nowością jest brak ścieżki dźwiękowej, tylko zestaw dźwięków uzupełniających obraz. O wszelkie pobrzękiwania i pojękiwania zadbał Ludwig Goransson. Mam jednak poczucie graniczące z pewnością, że gdyby ścieżkę dźwiękową skomponował Hans Zimmer, to byłby całkiem film.

Wkurza raper recytujący przesłanie jakie ma widzowi utkwić. Na ekranie widzimy też Hindusa i Azjatę, którzy nie mam pojęcia co robią w starożytnej Grecji.
Ale wiecie co?
To nie ma znaczenia. Żadnego. Ani czarna Helena, ani transowy aktor, ani ten drakkar ani żadna z kontrowersji o jakich czytaliśmy czy słuchaliśmy przed premierą. Bo to nie jest film o Grecji, Grekach, kulturze czy antykulturze. Zróbcie eksperyment myślowy. Wymażcie słowo drakkar, wstawcie słowo łódź. Zapomnijcie, że Odyseusz to Odyseusz, pomyślcie o nim jak o człowieku, który kazał zabijać, plądrować, gwałcić, a teraz ma wrócić do żony, syna, swojego królestwa, w którym oczekuje się bohatera zwycięskiej wojny. Zapomnijcie, że Helena to Helena, zobaczcie kobietę, którą wskazano jako przyczynę wojny, tysięcy tragedii, a ona traci swój największy walor czyli urodę, wraca do męża, którego opuściła i musi z tym żyć, spotyka ludzi, którzy w jej imię robili straszne rzeczy, tracili bliskich. To jest film o wyborach i decyzjach, ich konsekwencjach i życia z tymi konsekwencjami. Nolan w tym aspekcie wali z grubej rury i pyta: Czy kiedy niszczysz jakiś świat, odbierasz życia lub rozkazujesz to robić, to czy jesteś gotów wrócić do swojego poprzedniego/normalnego życia? Czy zasługujesz na taki powrót? Czy świat do którego wrócisz w ogóle będzie na ciebie czekał? Bardzo dawno nikt nie pytał w kinie w taki sposób. Odyseusz nie wraca, tylko ucieka, fizycznie, umysłowo i uświadamia mu to pieśń Syren. To jest ciekawe spojrzenie.
Nie da się porównać Odysei do Troi z 2006 roku. To zupełnie inne kino. Dla innego widza, nagrywane w innych czasach.
Podsumowując: mnie wszystkie te mankamenty jakie wymieniłam, nie przesłoniły sensu, jaki płynie z filmu Nolana. Ale tak, wolałabym z innym scenariuszem, z muzyką Hansa Zimmera.
Zdecydowanie nie odradzam i nie twierdzę, że jedynym argumentem tego filmu jest przebywanie przez trzy godziny w klimatyzowanym pomieszczeniu.
foto/filmweb

