
That’s all…?
I tym jednym zdaniem mogę opisać film Diabeł ubiera się u Prady 2. Żeby robić sequel po 20 latach trzeba mieć pomysł, obsadę i kasę. I o ile w przypadku pozycji 2 oraz 3 wszystko się zgadza, o tyle w przypadku pomysłu jest tak sobie.
Zacznijmy od obsady.
Meryl Streep, Anne Hathaway, Emily Blunt i Stanley Tucci są wciąż cudowni i jak na 20 lat później, wszyscy, bez wyjątku wyglądają świetnie. Niemniej bohaterowie – a właściwie bohaterki pozostawiają trochę do życzenia – szczególnie Andy, sprawiająca wrażenie, że przez dwadzieścia lat nie nabrała pewności siebie, wciąż biega po ekranie i macha rączkami. A podobno była dziennikarką z dorobkiem i sukcesami. Znowu startuje od zera, szuka mieszkania etc… Miranda – no cóż – nie jest już tą samą Mirandą, nie ma kłów i pazurów i jakoś tak dziwnie wygląda z asystentką, która mówi jej czego nie wolno mówić. Najwięcej do zagrania miała Emily. Poza tym, to już chyba taka tradycja, że w każdym filmie o babach, najfajniejszą rolę gra facet.
W filmie jest sporo bohaterów drugoplanowych, którzy nie wiadomo po co są, ani co wnoszą do fabuły. I to jest mąż Mirandy i chłopak Andy. Fabuła nie straciłaby niczego, gdyby ich po prostu nie było.
Wiedziałam, że ten film to będzie jeden wielki product placement, ale ilość marek, logówek, twarzy jest gigantyczna. Na ekranie widzimy projektantów, np. Donatellę Versace, modelki dawne i dzisiejsze, tego jest z 50 prawdziwych postaci, w tym Lady Gaga, na którą tracimy trzy minuty czasu ekranowego. I nie wiem w sumie czy coś wnosi.

W pozycji 3, czyli w finansach – widać, czuć, że to jest drogi film. Nie tylko ze względu na luksusowe marki, jakie pojawiają się w każdym kadrze. Nie żałowano na nic, co ma swoje odzwierciedlenie w technikaliach. I to wszystko zrobiono bardzo porządnie. Kadry, montaż, dźwięk – tu się wszystko zgadza. Jest nowocześnie, jest z rozmachem, są piękne lokacje – nie lubię Nowego Yorku, kocham Włochy – co utrzymuje jakieś status quo.
Największym minusem jest scenariusz i brak logiki. Film opowiada o czasach bieżących, więc Runway i Miranda musieli się zmienić. Jak to możliwe, że Andy nadal jest tak naiwna jak wtedy, kiedy pierwszy raz ją spotkaliśmy? Ludzie się zmieniają… W filmie często pojawia się wątek jakościowego dziennikarstwa, klików, streamów i śmierci papieru, ale to powierzchowna opowieść, zupełnie jak wszystko w tym filmie – bohaterowie, relacje, fabuła.
Film trwa dwie godziny i jest o 30 minut za długi, niepotrzebnie dubluje motywy, powtarzając je w środku i na końcu.

Pierwsza część w sposób zwarty i dynamiczny opowiadała prostą historię o dziewczynie, która dostała szansę, osiągnęła sukces a potem wybrała nie bycie Mirandą tylko sobą. A jednocześnie to był film o czymś co dziś nazywamy „kulturą zapier*olu”, pokazujący postać toksycznej szefowej, która w zasadzie powinna siedzieć za to co robiła swoim pracownikom. Będąc komedią, opowiadał o rzeczach poważnych. Druga część tego nie potrafi. Jest po prostu ładną wydmuszką, z kilkoma fajnymi cytatami, z ładnym obrazkiem, który znamy i lubimy, obrazem zgodnym z wszystkimi politykami ideologicznymi, tylko powierzchownie dotykający poważnego tematu, z happyendem.
Muzyki nie zapamiętałam.
David Frankel i Aline Brosh McKenny mogliby wycisnąć z tego więcej, gdyby zdecydowali o czym ten film ma być. Bo nie wie.

Ale fajnie zobaczyć. Dla włoskich plenerów i wnętrz mogę obejrzeć nawet jeszcze raz.
That’s all.

