
Rzadko się zdarza, że jakiś film, szczególnie współczesny, pozostawia mnie wbitą w fotel, gapiącą się w milczeniu na napisy końcowe z myślą kołaczącą w głowie: NIGDY nie wejdę na żaden cholerny prom….
Bezpośrednio po obejrzeniu byłam w stanie napisać dosłownie trzy zdania. Czas rozwinąć myśli.
Mam problem z fabułami opartymi o katastroficzne wydarzenia. Nigdy nie wiem ile tam w środku jest prawdy, ile fikcji. W tym przypadku wciąż żyją rozbitkowie oraz rodziny tych, dla których to był ostatni rejs. I jeśli scenarzysta z reżyserem podejmują taki temat, to to musi być albo doskonale wyważona opowieść, albo w ogóle nie powinna powstać. Bo po obejrzeniu tej historii ktoś będzie cierpiał, do kogoś wróci ból i odezwie się niedoleczona rana.
Scenariusz.
W przypadku Heweliusza Kasper Bajon chyba aptekarską miarą odmierzał wątki, a postaci budował milimetr po milimetrze. Jestem pod wrażeniem komplementarności scenariusza, który niczego nie zgubił po drodze, jakby nie uronił kropli.
Reżyseria
Jan Holoubek dokonał rzeczy niemal niemożliwej. Pokazał realizm, grozę, połączył film katastroficzny, dramat psychologiczny i dramat sądowy i zachował w tym równowagę. Nie wiem czy widziałam kiedykolwiek lepsze sceny nagrywane w wodzie. To jest duża rzecz tak poprowadzić aktorów, zarządzić zbudowaną scenografią, bez greenscreenów. Dziś to właściwie rzadkość. Jan Holoubek dodał do scenariusza nieco od siebie. Na przykład muzykujących Peruwiańczywków. Niby nic, ale takie pozorne detale dodają klimatu. Jedynym moim zarzutem w stronę reżysera są nagrania w niskim kluczu. Ta historia jest już tak mroczna i przejmująca, że na prawdę nie trzeba jeszcze ściemniać obrazu. No ale moda taka teraz, nic nie poradzisz.
Obsada
Jakby to zgrabnie ująć… Tu jest plejada gwiazd – w odróżnieniu od gwiazdorów. I to w epizodycznych rolach. Englert, Zawadzka, Koman, rety… Brakuje tylko Janusza Gajosa w roli salowego w niemieckim szpitalu, jeżdżącego na szmacie. Serio. Nie jestem fanką Borysa Szyca, ale chylę czoła przed pracą, którą włożył w tak przejmujące własne utonięcie. Rola kapitana Andrzeja Ułasiewicza na pewno była wyzwaniem, szczególnie, że to jedyna rola, gdzie bohater nosi autentyczne imie i nazwisko. Miałam poczucie, że Szyc podszedł do swojego bohatera z ogromną pokorą ale nie na kolanach.

Suwaki
Dźwięk w wiekszości polskich produkcji jest do bani. Tu jest ustawiony bardzo dobrze. Słychać dialogi, słychać muzykę i co najbardziej przejmujące, słychać dźwięki tła. W scenach tonięcia statku, te głuche pomruki blach są nieznośnie, powodują ciarki wszędzie. Dojmujące doświadczenie.
Scenografia/realizm
Ogromny szacunek dla wszystkich pracujących przy scenografii, dla ludzi, którzy zbudowali fragmenty promu, dla tych, którzy zadbali o kostiumy, o dobór lokacji, oddających ówczesną szarzyznę, o detale w wyposażeniu wnętrz, które ludzie z mojego pokolenia rozpoznają ze swojego dzieciństwa. Tak, ten film cofa w czasie, nie jest cukierkowym PRL-em, na który ostatnio zapanowała moda, jest realistyczny. I w tym miejscu dodałabym też wszystko co wydarzyło sie po katastrofie, pseudo-proces, postkomusze podejście do tragedii, gdzie zawsze winien jest człowiek. Nigdy system.

Mijają dekady, a nacisku na wszelkiej maści kapitanów, mają się świetnie, brak odpowiedzialności kogokolwiek, gdy już dojdzie do tragedii, a procedury bezpieczeństwa w głębokim poważaniu… Nic się nie zmienia, niczego się nie uczymy, a potem ronimy gorzkie łzy i chowamy ofiary z honorami, lub nie. To jest prawda o nas, Polakach. Niewygodna jak wrzód na wiadomej części. I nie ma się co obrażać, bo potwierdziło to kilka późniejszych katastrof, w tym Smoleńsk najbardziej dotkliwie.
MAYDAY, MAYDAY, all ships, all ships, MAYDAY, MAYDAY; Polish ferry Jan Heweliusz, Polish ferry Jan Heweliusz with heavy list to the portside, in… (in tensiv? Tension?)… position. MAYDAY, MAYDAY, this is Jan Heweliusz, ferry Jan Heweliusz with heavy list to the portside, …….. position. I give you my position shortly”. (nieczytelnie i urywkowo).
Tym wezwaniem i nadanym sygnałem SOS zaczyna się każdy z pięciu odcinków. Gdy dociera do nas, że to autentyczne nagranie i to ostatnie słowa kapitana – bo o 4:37 w eterze zapanowała cisza, a Heweliusz zniknął z radarów, bardzo trudno jest trzymać się myśli, że to jednak nie jest dokument tylko fabuła.
*Uwaga z gwiazdką.
Po katastrofie samolotu Ił-62 Tadeusz Kościuszko w Lesie Kabackim w 1987 roku polscy inżynierowie – w czasie komuny – byli w stanie ustalić przyczyny tak strasznego zdarzenia. Śledztwo nie trwało długich lat. Wykazali błąd radzieckiego konstruktora, narazili się aparatowi państwowemu i spotkały ich za to konsekwencje. Ale nie odpuścili i mówili prawdę. Tymczasem w tzw. wolnej Polsce nikt nie miał interesu w ujawnieniu prawdy, ani władze, ani armator, ani nawet koledzy kapitana Ułasiewicza – z drobnymi chlubnymi wyjątkami.
Podsumowując, Heweliusz to serial, który bije w głowę emocją i jakością – i jest wszystkim czego oczekuję od dobrego kina. Nie spodziewam się, że prędko zobaczę coś lepszego w takim gatunku. Bardzo, ale to bardzo polecam.

