
„Rok 2025 to był dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia” – na przykład wysyp filmów o hrabim z Transylwanii cierpiącym na przerost kłów i nadmierny sentymentalizm. Film Luca Bessona „Dracula: A Love Tale” jest drugi w ciągu niecałego roku.
Tą recenzję sponsoruje literka U. U jak uwiera mnie.
Obraz jest… jakby to powiedzieć fantazyjno-baśnowią niedorobioną historią, która nie wie czym jest. Na horror za śmieszny i niestraszny, na thriller zbyt oczywisty i nietrzymajacy w napięciu wcale, na komedię za smutny. Besson garściami zrzyna z Coppoli, który mimo upływu lat pozostaje po prostu niedościgniony i róbta co chceta, ale nic go nie przebiło.

Ale do rzeczy.
Casting mnie mocno uwiera. Główny bohater, Caleb Landry Jones jest dla mnie zaprzeczeniem tego czym powinien być Dracula. Hrabia był dostojny, magnetyzujacy, hipnotyczny – a ten taki nie jest. Jest nijaki, zakrawający o śmieszność, szczególnie po czwartej próbie rzucania się przez okno. Mina – w tej roli – Zoë Bleu Sidel – nie ma za dużo ma do zagrania, głównie kroczy i patrzy. A reszta jest tak miałka, że nawet nie zapamiętujemy ich imion. Słowem – nie ma w tym filmie nawet jednej interesującej postaci, której bym kibicowała. O, sorry! Są wesołe, podrygujące gargulce. Gargulcom zawsze kibicuję
Charakteryzacja – jak na zdjęciach widać – nawiązuje aż za nadto do filmu Coppoli, nie ma wiele wspólnego z realiami historycznymi epoki, stanowi radosne pomieszanie epok, mód panujących w konkretnych krajach Europy. Z lekkim rozbawieniem obserwowałam twory zbrojopodobne umieszczone w opowieści u jej początku, tj. w roku 1480. Nie żeby Coppola zrobił to lepiej, ale u niego jakoś mniej raziło.

Uwiera mnie świat wampira przedstawiony w filmie, bo nie działa, prawie jak w „Pierścieniach żenady”, nie działają odległości, nie działają proporcje, nie działają detale ani czas. Np. świecące żarówkami żyrandole w gotyckim zamczysku, który po przekroczeniu bramy okazuje się zameczkiem złożonym z holu, piwnicy i dwóch komnat. No może trzech. Absurdem wali po łbie już sam początek i bitwa będąca tak bez sensu, że w sumie o prymat „najgłupszej” śmiało może konkurować z „Pierścieniami żenady”. Na pewno bedąc wielkim wodzem stajemy do bitwy tak, żeby wróg miał do nas z górki, z pewnością grodzimy się też ścianą ognia. I na pewno w czasie gdy w pobliżu zamku rozgrywa się bitwa, będąc wypindrzoną księżniczką, udajemy się na całkiem beztroską przejażdżkę konno… po czym nasza chabeta łapie się kopytkiem w myśliwskie szczęki i pada martwa… A to tylko mały wycinek. W świecie stworzonym przez Luca Bessona nie dowiadujemy się jak działają wampiry, skąd się biorą, nie wiemy jak hrabia pozyskuje swe sługi, nie wiemy nic. Jakby reżyser założył, że przecież wszyscy doskonle wiedzą jak to działa. A jeśli nie?

Zamiast jakiejś dramatugii Drakuli, gotyckiego klimatu, dostajemy jatkę w Luwrze, babę z brodą (dosłownie) i świecenie kłami w nadmiarze. Drodzy, to jest prosta historia o miłości i nawet tego Besson nie jest w stanie przekonująco pokazać.
Muzyka dała się zapamiętać, ale nie żebym jakoś chciała przesłuchać ją ponownie.
Generalnie film nie domaga na wielu poziomach i nie jest to wina materiału źródłowego. Do ustalenia pozostaje czy materiałem źródłowym była powieść Stockera czy film Coppoli. Ani tu kadrów ładnych nie ma, ani CGI nie jest jakieś ciekawe.
W głowie się nie mieści, jak można w karierze popełnić taki „Wielki błękit” i takiego „Draculę”… Niepojęte.
Nie powiem, że to całkowita strata czasu, ale te dwie godziny można spędzić lepiej.

