
Jestem po premierze serialu „Lalka” od Netflixa. Jak do tej pory moja wewnętrzna ciekawość i otwartość na eksperymenty filmowe nie wykłóciła się z moją wewnętrzną starą konserwą czy mi się serial podoba czy nie.
Zacznę od tego, że nie rozumiem, dlaczego ten serial nosi tytuł „Lalka”. Nie jest ani ekranizacją, ani adaptacją. Niby jest na motywach, ale z materiału źródłowego pobiera tytuł oraz personalia bohaterów. I to już.
Nie rozumiem, dlaczego Paweł Maślona nie zdecydował się na oryginalny scenariusz, nowych bohaterów, całkiem nowe dzieło. Nie rozumiem, dlaczego nie poszedł odważniej – dlaczego nie przeniósł akcji serialu do czasów współczesnych. Dlaczego zdecydował się umieścić akcję swojego serialu w XIX wiecznej Warszawie, jednocześnie całkowicie uwspółcześniając fabułę i język, którym bohaterowie mówią do siebie i do widza. I wtedy dostalibyśmy obraz spójny, jednolity i realistyczny. A tak, łącząc konwencje dramatu kostiumowego z wulgarnym, współczesnym językiem, dostajemy miejscami żenujący obrazek Stacha Wokulskiego wydzierającego się do Izabeli Łęckiej: ty pi*do! No serio?

Pierwszą refleksją po obejrzeniu serialu jest to, że żaden maturzysta nie powinien go obejrzeć przed egzaminem – bo sobie w głowie namiesza. Tak po prostu.
Podoba mi się kostium i scenografia. Czuć piniądz. Widać lokacje, na których pracowała ekipa. To jest realistyczne i wizualnie ładne. Co do historyczności kostiumów, no może suknie są ciut wcześniejsze, ale to nie razi, ani nie wkurza. Film jest zrobiony znakomicie operatorsko, oświetleniowo, montażowo, muzycznie. Patrz scena rozmowy Stacha i Izabeli na stawem w odcinku czwartym. Podoba mi się. Z technikaliów uczepiam się udźwiękowienia i dialogów, które czasem trzeba śledzić z napisami, bo ich po prostu nie słychać – ale to tylko miejscami.

A co mnie się nie podoba?
Nie podoba mi się napisanie całkiem nowej historii i twierdzenie, że to wciąż „Lalka”. Gdyby traktować serial jako ekranizację, to po pierwszych 15 minutach należałoby zadać sobie pytanie: Co ja, do cholery, robię w tym filmie? Oburzyć się i z niesmakiem zmienić kanał. Nie podoba mi się wulgarny język, nie podoba mi się skrajne zideologizowanie, feminizowanie w najgorszy sposób, sprowadzenie emancypacji do absurdów, żenujących, prostackich.
A wystarczyło po prostu nie udawać, że ta historia ma coś wspólnego z powieścią Prusa. Nie podoba mi się Wokulski wciągający kreskę przed pojedynkeim, naćpana i schlana Izabela, arystokracja zachowująca się jak stado żulików na imprezie pod blokiem.
I to jest mój główny problem z tym filmem – jego niespójność. Bycie dobrym i złym jednocześnie.
Ostatnie dwa odcinki to kalki z „Iluzjonisty” z 2006 roku (bardzo polecam), wątki i schematy fabularne zapożyczone są niemal 1:1.

Muzyka bardzo przypomina natomiast ścieżkę dźwiękową z serialu „Tabu” (też polecam).
Zajmijmy się obsadą. Zacznę od przyznania się, że nie cierpię Sandry Drzymalskiej. Wkurza mnie, irytuje, każdą postać kobiecą gra tak samo, ale tutaj uważam, że wpasowała się znakomicie. Jest bardziej wkurzajaca niż pierwowzór literacki. To rzadkie osiągnięcie. Ale w sumie nie jestem przekonana, że w kimś takim ktokolwiek mógłby się zakochać. Tomasz Schuchardt jako Wokulski jest taki sobie, ani subtelny, czasem prostacki. Postać Ignacego Rzeckiego została wypaczona dokumentnie. Z kolei Jacek Braciak w roli Tadeusza Łęckiego, stworzył przerażającą kreację zapijaczonego, upadłego arystokraty, gardzącego każdym, kto tym arystokratą nie jest. W ogóle element pogardy arystokracji wobec innych, wobec zmian, jakie zachodzą w społeczeństwie, wybrzmiewa tu naprawdę mocno i wyraźnie. Reszta obsady – no mieli zagrać to co scenarzysta napisał, a że napisał dyrdymały, to na to nic nie poradzimy. Paweł Demirski, Jagoda Dutkiewicz i Paweł Maślona tak chcieli.
Pomijając absurdalne, ocierające się o groteskę sceny, jak choćby scena cięcia cesarskiego na przyjęciu, ujmując te wszystkie przerysowane emancypacyjne wtręty ideologiczne, traktując ten serial jako Nie-Lalkę – moglibyśmy uznać go za historię z potencjałem. Ale z jakiegoś powodu (nie wiem czy nie marketingowego po prostu) twórcy chcieli żebyśmy mówili o tym serialu w kontekście powieści Prusa. I w tym ujęciu to całkowita porażka.
Nie umiem ocenić, czy ten serial jest dobry czy zły. Wewnętrzny spór trwa. Na pewno jest intrygujący, na pewno ma momenty, które nie pozwalają się oderwać i budzą ciekawość tego, co będzie dalej i jak ta historia się skończy. Na pewno ma momenty obrzydliwe i prymitywne. Nie pozostawia obojętnym, powoduje, że o nim mówimy, ale nie w kontekście tego, o czym opowiada, tylko w kontekście udanej czy nieudanej adaptacji. Nie jestem przekonana, że o to chodziło.
Za muzykę w serialu odpowiada Baasch czyli Bartosz Schmidt i zaliczam ją do interesujących i dodaję do listy „Słucham jak jadę do pracy”.
Czy polecam serial?
Nie wiem. Kłócę się wewnętrznie.

