
28 lipca 1993 roku, amerykańskie kina podbił „Robin Hood: Faceci w rajtuzach” – jedna z tych komedii, które albo się uwielbia, albo… nie rozumie.
Mel Brooks wziął na warsztat świeżutkiego jeszcze wtedy „Robin Hooda: Księcia złodziei” z Kevinem Costnerem i zrobił z niego… nie wiem czy miazga to odpowiednie słowo… Na potrzeby tego postu przyjmijmy, że opowiedział tą historię raz jeszcze, po swojemu. Scenariusz sprokurował J.D. Shapiro, muzyką wdzięczną okrasił Hummie Mann.
Slapstick, absurd, gry słowne, łamanie czwartej ściany, musicalowe wstawki i parodie filmowych klasyków, miejscami na pograniczu wulgarności i kiczu – wiadomo! Brooks się w tańcu nie… obija.

Do polskich kin film trafił w Wigilię 1993 roku. Ja go oglądałam trochę później, na zjechanym vhs i na początku bawiły mnie przede wszystkim najbardziej oczywiste gagi. Dopiero z czasem odkrywałam, ile w tym filmie jest odniesień do kina i popkultury. To jedna z tych produkcji, które z każdym kolejnym seansem ogląda się trochę inaczej.

Najbardziej dostało się oczywiście Kevinowi Costnerowi. Cary Elwes nie brał jeńców, wypowiadając słynną kwestię: „W przeciwieństwie do innych Robinów Hoodów potrafię mówić z angielskim akcentem”. To jeden z najlepszych przykładów humoru Brooksa. W zagranicznych wersjach dubbingowych żart dostosowano do lokalnej publiczności – we Francji i we Włoszech Robin zapewniał, że w przeciwieństwie do innych… nie tańczy z wilkami.

Ale Brooks nie poprzestał na Robinie Hoodzie. W średniowiecznej Anglii bez problemu znalazło się miejsce dla „Ojca chrzestnego”. Don Giovanni, grany przez Doma DeLuise’a, jest wyraźną parodią Vita Corleone, a przy okazji puszcza oko do widzów pamiętających „Na nabrzeżach” z Marlonem Brando.

Niektóre sceny powstawały spontanicznie – fragment z Szeryfem wpadającym przez sufit do komnaty Latryny został częściowo zaimprowizowany przez Rogera Reesa i Tracey Ullman. Inne wymagały ogromnej cierpliwości. Podobno przygotowanie sekwencji, w której strażnicy przewracają się niczym kostki domina, zajęło ekipie kilka tygodni.

To jeden z tych filmów, który dziś nie mógłby powstać. Z przyczyn różnych, ale głównie ideologiczno-politycznych.

