
Do „Norymbergi” Jamesa Vanderbilta trudno mieć jakieś techniczne uwagi. Dzieło kompletne, choć nie bez wad, do których zaliczam za dużo Rami Maleka w roli doktora psychiatry – za mało kulisów politycznych samego procesu. Stąd widziałam ze dwa lepsze filmy o samym procesie: „Wyrok w Norymberdze” (1961) o procesie prawników i polski dokument fabularyzowany „Epilog norymberski” (1970). Oba – a w zasadzie wszystkie trzy warto zobaczyć – polecam, jak ktoś jest zainteresowany.
Russel Crowe, choć do Hermana G. podobny nie jest ani trochę, gra doskonale. I wygrywa. Odchodząc na własnych warunkach, ucierając nosa wszystkim. Trudno nie odnieść wrażenia, że to taka manifestacja, że jak ktoś był szychą i przegrał, to nieważne czego by nie zrobił, i tak się wywinie.
Może to ponura, nieprzypadkowa zapowiedź braku odpowiedzialności obecnych zbrodniarzy z Rosji i państwa położonego w Palestynie z niebieską gwiazdką na fladze. Trudno uciec od skojarzeń.
Scenografia wierna i bardzo poprawna, udźwiękowienie świetne i wreszcie ktoś wrócił do przenośni i symbolu zamiast epatować brutalizmem na ekranie – sznur i scena egzekucji genialna.
To nie jest film o sprawiedliwości i karze, ani o polityce. To nawet nie jest film o relatywizowaniu zła jako takiego. To jest film o fascynacji, o charyzmie i o tym, że ludzie, którzy pałają żądzą władzy, są gotowi na wszystko by ją zdobyć, są gotowi czynić rzeczy okrutne, gdy już ją zdobędą – wcale nie mają dziwnych mundurów, ani brunatnych koszul. Noszą eleganckie garnitury, są niepozorni, dobrze odżywieni. Dzieci dałbyś im popilnować. I są tuż obok.
Polecam.

