poniedziałek, 27 września, 2021

Nowy feministyczny He-Man

foto/Netflix

„Na potęgę Posępnego Czerepu! Mocy przybywaj!” – miejskie podwórka lat 90-tych były świadkami zabaw w He-mana, kłótni kto ma być Szkieletorem, kto Sheerą, a kto uroczym Orko. To właśnie wtedy He-man z lat 80 świecił u nas największe triumfy. Muskularny wojownik, który w asyście wiernych pomocników, raz po raz powstrzymywał zakusy arcyzłego Szkieletora, zapisał się w pamięci pokolenia dzisiejszych 30-latków. A wspomnienie obecnych na końcu odcinku pedagogicznych pogadanek o niebraniu narkotyków lub cukierków od obcych, u niejednego wywołają łezkę wzruszenia.

I na tej nostalgii bazuje serial Władcy Wszechświata: Objawienie, który miał premierę 23 lipca na Netfliksie. Fani zostali zaskoczeni informacją, że jego fabuła będzie bezpośrednią kontynuacją serialu z lat 80. Nowe przygody starych bohaterów miały nie tylko wyjaśnić kilka kwestii nierozwiązanych w oryginale, lecz także rozwinąć wątki poszczególnych postaci. Za produkcję odpowiadał Kevin Smith, śmieszący i szokujący w takich produkcjach jak Dogma czy Szczury z Supermarketu. Nic dziwnego, że oczekiwania widzów były wysokie. W końcu obiecano im nie tyle odgrzewany kotlet, ile dojrzałą historię z ich ukochanymi w dzieciństwie herosami. A świetny zwiastun jeszcze bardziej podkręcił emocje.

A potem okazało się, że He-man nie może uniknąć odpowiedniego sformatowania. Animacja we Władcach Wszechświata: Objawieniu stoi naprawdę na wysokim poziomie. Ba! Nawet fabuła nie jest taka zła, a wątki poprowadzone są sprawnie. Prawdopodobnie nieraz wbiłyby nas w fotel, gdyby nie pewien zabieg. Otóż He-man bardzo szybko przestaje być głównym bohaterem, a cała intryga koncentruje się wokół Teeli, wojowniczki oraz strażniczki rodziny królewskiej. I tego już fani nie mogli zdzierżyć. I chociaż otrzymali serial dojrzalszy, poruszający poważne problemy i sprawny pod względem opowiadania historii, poczuli coś więcej niż rozczarowanie – zostali po prostu oszukani. Ta kwestia pojawia się nawet w pozytywnych recenzjach Władców Wszechświata.

Krytycy ocenili serial bardzo entuzjastycznie, natomiast widzowie wręcz przeciwnie: IMDb 4,8/10, Rotten Tomatoes 33% i 2,1 na Metacritic. Niezadowolenie fanów często puentowano stwierdzeniem, że obecnie w zupełnie innych sposób podchodzi się do superbohaterów, a oni po prostu nie są gotowi na silną, kobiecą postać. W odpowiedzi rzucano hasłami politycznej poprawności i zarzutami wobec kampanii reklamowej, która obiecywała jednak opowieść o He-manie.

Niezależnie od całego sporu Władcy Wszechświata wpisują się w trend zmieniania dobrze znanych historii za pomocą kobiecych postaci. Niedawno spotkało to Sherlocka Holmesa, kiedy w nowym filmie należne mu miejsce przejęła jego młodsza siostra, Enola Holmes.

Nie jest jednak tak, że widzowie nie radzą sobie z kobiecymi postaciami. Ellen Ripley, Sarah Connor, Marie Clement czy Trinity nie były seksownym ozdobnikiem na ekranie, lecz pełnoprawnymi „koksami” (pozostając kobietami), pokonującymi największych karków, obcych itd. Jednakże mogły zdobyć serca fanów, ponieważ znajdowały się w centrum oryginalnie i świetnie nakręconych filmów. Nikt na siłę nie zrobił z nich głównych bohaterek – one po prostu nimi były – i nie było co do tego najmniejszych wątpliwości.

Przygody Teeli również znalazłyby swoich odbiorców, gdyby dostała autorski serial, zamiast zostać sprowadzoną do elementu danego uniwersum, który koniecznie musi zostać podkreślony. Tak jakby kobiety nie mogły przeżywać intrygujących, autonomicznych przygód. Nie wiadomo dlaczego twórcy wpychają je na siłę w miejsce męskich bohaterów. Czy nie jest to jawna dyskryminacja, kiedy usilnie wtłacza się je do pewnego stereotypowego, męskiego wzorca?

Dla przypomnienia stara, dobra gwardia:

Zobacz również: