
Mocny, oparty na faktach miniserial, wyprodukowany przez Netflixa, przenoszący widza na szary, brudny, cuchnący i zatruty Śląsk lat 70-tych.
Wspaniały obraz cudu gospodarczego Gierka od kulis, których ludzie, tak tęskniący za PRL-em, nie chcą pamiętać. A może nawet o nich nie wiedzą.
Maciej Pieprzyca stworzył film nieco naginając historię, ale to dla opowieści nie ma specjalnego znaczenia. Może je mieć, dla ludzi, którzy pamiętają. O moim problemie z filmami opartymi na faktach pisałam przy okazji „Heweliusza”, nadmieniając, że albo robisz coś znakomicie wyważone, albo nie ruszasz, bo kogoś zaboli. Scenariusz Jakuba Korolczuka oceniam bardzo dobrze. Klimat całej opowieści też. Nie chcę rozstrzygać co w tym filmie jest prawdą, a co nie – ważna jest fabuła, a ta ma wszystko co potrzebne. Niemniej słychać głowy członków rodziny pani profesor – jednej z bohaterek tego filmu, że przedstawiono ją w sposób krzywdzący – to zawsze jest ryzyko.
Muzyka Antoniego Komasy-Łazarkiewicza i ta wiolonczela która tak wchodzi w głowę… Zdjęcia Witolda Półciennika – choć utrzymują niski klucz barw, nie wyglądają jak wykąpane w atramencie(jak w przypadku Heweliusza) i scenografia, tak doskonale zrobiona, że w głowę zachodzę, gdzie oni jeszcze takie wnętrza znaleźli…
Obsada serialu to jego kolejna zaleta, Joanna Kulig, Agata Kulesza, Marian Dziędziel, Michał Żurawski, Kinga Preis i dziesiątki innych aktorów, statystów – dzięki ich pracy na planie kadry były ciekawe, pełne i realne. Bohaterowie tej historii zostali znakomicie napisani, lubimy ich, wkurzają nas, kibicujemy im. No może poza Zbyszkiem Zamachowskim, który swojego Grudnia nieco przerysował i skarykaturował, ale poza tym to jest znakomite rzemiosło.
To jedna z nielicznych nowych produkcji, jakie pokazują PRL takim, jakim był. Brudnym, szarym, zakłamanym, zbrodniczym.
Gdzie cenę postępu płacą najmłodsi, prawdziwi bohaterowie dostają po dupie (w najłagodniejszym wypadku), gnidom zawsze uchodzi, a wierchuszka spija śmietankę.
Niby daleko od tego odeszliśmy, ale czy na pewno?
Przyznam, że nie znałam tej historii zupełnie, ale doczytam i się douczę, bo warto. Ten film naprawia to, co schrzanił serial „Czarna ospa” – zjawisko podobne, ale te dwa obrazy to po prostu dzieli przepaść.
Myślę, że to kolejny przykład, że Netflix może produkować dobre rzeczy, a nie tylko jakieś ideologiczne szajsy. Wystarczy wór pieniędzy i odpowiedni człowiek za sterami. Brawo Maciej Pieprzyca! Więcej Pieprzycy, mniej Smarzowskiego.
Bardzo polecam.

