
Tyle było czekania…i w sumie niewiele..?
Na Netflix wjechała druga odsłona serialu Wednesday. Trzy lata Tim Burton rzeźbił, ciął, montował i wszystko jak toster elektryczny w wodę. Pierwsze cztery odcinki są, jakby to ująć, nudne. Serial skręcił w fatalną stronę, kompletnie olewając to czym była pierwotnie „Rodzina Addamsów”. Była makabreską o kochającej się rodzinie. Tymczasem w serialu dostajemy rodzinkę pelną wzajemnych pretensji, sekretów, ukrytych żalów. Dostajemy bohaterów strywializowanych i spłaszczonych, choćby takiego Gomeza sprowadzonego do roli obleśnego tępaka. No chciałoby się wydrzeć: VETO! Wątki innych uczniów Nevermore to tylko epizody, sprowadzone do walczącej z kłopotami syreny, fajtłapowatego hodowcy pszczół i wścibskiej panny niewidzialnej. Większość fabuły przejmują rodzinne historie Addamsów. I żeby to jeszcze było chociaż ciekawe… A coraz mocniej przebija lukrowana opowiastka o zakochanych nastolakach dla dziewcząt z dobrych domów w dziwacznym anturażu.
Historii nie pomaga gwiazdorska obsada wzmocniona Lady Gagą, Zeta-Jones też jakaś taka mało przekonująca. Na wyżyny aktorskie wspina się Rączka ![]()
Wizualnie jest jak w pierwszym seonie i jest nieźle. Muzycznie jest bardzo dobrze. I nawet powiedziałabym: Za mało wiolonczeli!
Odsłona kolejnych czterech odcinków dopiero we wrześniu. szkoda, bo chciałabym mieć już ten pogrzeb za sobą.





foto/kadry z filmu Wednesday, Netflix

