
Niedawno trafiła do kin aktorska wersja Jak wytresować smoka. Przebój DreamWorks Animation zaadaptowany przez studio Universal Pictures.
Za powstanie produkcji odpowiedzialny jest Dean DeBlois, który stworzył też trzy pełnometrażowe animacje należące do serii z lat 2010-2019. To pierwszy aktorski film fabularny, który wyreżyserował. Wcześniej współtworzył animację Lilo i Stitch oraz dokument Heima poświęcony zespołowi Sigur Rós (obejrzeć bardzo warto i zapoznać się z twórczością Sigur Rós takoż).
No więc przypomnijmy, jesli ktoś nie spamiętał, Jak wytresować smoka to seria luźno oparta na książkach Cressidy Cowell. Historia opowiada o przygodach Czkawki, syna wodza wioski, której mieszkańcy mierzą się ze smokami. Nastoletni Wiking zamiast poskromić jednego z nich, zaprzyjaźnia się z nim. I tak świat poznał niezapomniany duet Czkawka i Szczerbatek. Pierwsza część serii została świetnie przyjęta przez widzów i krytyków, podobnie jak kontynuacje – łącznie zarobiły na świecie ponad 1,5 miliarda dolarów i zapoczątkowały większe uniwersum, do którego należą także seriale animowane.
Generalnie piękna i ważna historia o inności, przyjaźni i relacjach ojca z synem, została opowiedziana efektownie, efektywnie, a nadto została okraszona wspaniałą muzyką Johna Powella.
A zatem: Po co?
Aktorski remake który dostajemy jest odwzorowaniem animacji 1:1 można by rzec. Kadry, muzyka, scenariusz bez zmian. Casting aktorski bardzo udany, trzeba przyznać. Więc jeśli nic się nie zmienia, to… po co?
Oczywiście, że dla pieniędzy. Bo widz lubi to co zna i będzie płacił, żeby wrócić do fajnych emocji.
Dużym plusem jest sposób tworzenia tej wersji opowieści. Szczęśliwie nikt nie wpadł na pomysł, żeby to unowocześniać, ulepszać, czy po prostu profanować, jak w przypadku studia Disney i jego pomysłu na swoją pierwszą historię czyli Królewnę Śnieżkę.
Jako, że historia jest dobra, warto do niej wrócić, czy w pierwotnej, czy w nowej wersji – nieważne. Po prostu wrócić.

