
Miałam nie oglądać, nawet nie patrzeć w kierunku, gdy czwarty sezon Wiedźmina wjedzie na Netfixa, ale nie wytrzymałam. Nie obiecywałam sobie po tej produkcji zupełnie nic. No bo co mogłoby pójść jeszcze gorzej niż dotąd? Jest – i od początku był – zepsuty, niedziałający świat, zepsuty scenariusz i obsada. Żeby uratować tę opowieść, należałoby to wszystko zrobić od nowa. No ale przekonany o swym geniuszu Tomasz Bagiński i showrunnerka Lauren dalej rzeźbią w gównie i psują kolejne rzeczy. Ja już nawet nie podchodzę do tej historii jak do dzieła filmowego, tylko jak do ciekawostki przyrodniczej. Bo mi to trudno rozpatrywać jako całość historii – bo to się nie klei, kupy gnoju nie trzyma, jest spleceniem epizodów fajnych – liczonych na minuty na sezon z nudną, tandetną szmirą, napchaną ideologicznymi wtrętami. Ale do rzeczy.
Sezon czwarty ma momenty. To te z czarnoskórym Regisem i Leo Bonhartem. To są dwa najjaśniejsze punkty w całym serialu. I jest ich mało. Kiedy te dwie postaci pojawiają się na ekranie, kradną scenę. Czemu? Bo to dobrzy aktorzy są. Gdy produkcja komunikowała, że wampira Regisa – jedną z moich ulubionych postaci z tego uniwersum – zagra Laurence Fishburne, aktor zgoła nie bladolicy, byłam sceptyczna. Ale on to zrobił dobrze. Pomijając, że nie ma warunków wizerunkowych, zrobił robotę świetnie. Schrzanili jego charakteryzację, skopali ubiór, chłop wygląda jak Mickiewicz w zasadzie, ale kiedy mówi, kiedy się porusza, to to jest inna liga. Podobnie jest z Leo Bonhartem, przy czym tu Sharlto Copley został wycastowany po prostu dobrze. Patrzysz na niepozornego starca, on robi trzy kroki a ty już wiesz, że chłop jest zdolny wyjąć ci kręgosłup przez nos. I czujesz niepokój. I tak powinno być. Nowy Geralt jest słaby, bez wyrazu, mam wrażenie, że odtwarza Henry’ego Cavilla, Yennefer z Bollywoodu wciąż zła, na Ciri nie mogę patrzeć. Na tym etapie historii bohaterka ma 13 lat, a grająca ją aktorka w pełnym makijażu (non stop) grubo ponad 20. No sorry, ale nie. Nie kupuję i nie polubię.

Świat przedstawiony nadal nie działa. Nie wiemy jakie są odległości, jak mija czas, gdzie w zasadzie się znajdujemy. Lokacje, scenografia, kostiumy to tragedia – wszystkie są czyściutkie, niezużyte, sztuczne, niektóre wyglądają jak z H&M, inne jak Bollywood, inne jak przypadkowo wyciągnięte z magazynu wytwórni, nadal brakuje realizmu scenograficznego – i oni tego już nie poprawią. Muzyki wcale nie pamiętam. No gdzie te czasy, jak cały internet śpiewał „Grosza daj wiedźminowi”? No nawet po śląsku to śpiewali, a teraz? Nawet nie ma czego zanucić. Jak na serial o zabójcy potworów, to naliczyłam ich aż trzy na cały sezon, w tym jednego upiora pojawiającego się w sumie z dupy i chyba tylko po to, żeby trzeba było wyciągać Jaskra z kłopotów. No właśnie, Jaskier. Upadek tej postaci trwa. Na tym etapie serialu jest to po prostu debil rzucający słabymi żartami. No dramat. Ale nie to jest jeszcze najgorsze.
Najbardziej spaskudzono wątek czarodziejek i magii. Bo ta magia to nie jest żadna magia, tylko jakaś popłuczyna po potterowym różdżkarstwie, pojedynkach między Voldemortem a Harrym Potterem, gdzie ich moce się łączą i trwwa przepychanka. Widzimy tu całkowity brak konsekwencji – raz używają mocy i kładą dziesiątkami wrogów, żeby dwa odcinki dalej w ogóle nie używać zaklęć, mocy, tylko uczyć się fechtować i walczyć wręcz. No co to za czarodziejka co nie rzuca zaklęciami, do cholery! – że zaklnę. Czy w tych wszystkich nowych pseudo-fantasy produkcjach silne postaci kobiece muszą machać tymi mieczami bez sensu, ładu i składu? Gdzie moc? Gdzie czary? Gdzie mądrość? To przecież były baby, co za mordę trzymały królów do tego stopnia, że ci do kibla nie trafiali bez ich porad. Gdzie jest pokazana ta potęga? Przecież sposób, w jaki Netfliks i ta cała chałastra pokazali czarodziejki, uwłacza inteligencji widza, niczym Vilgefortz i jego kij…
Wątek podróży Geralta i ekipy to w sumie taki trochę Hercules/Xena z lat dziewięćdziesiątych. Oprócz wspomnianego Jaskra i Regisa, jest w miarę ciekawy Cahir – jako przykład postaci, która jakoś ewoluuje w trakcie serialu i okej, jest Milva z fatalną charakteryzacją i w ogóle nie przypominająca książkowzoru, krasnoludy – Zoltan i Yarpen – tu uwaga z gwiazdką.
W jaki sposób doskonale pokazać na ekranie krasnoluda zaprezentował światu Peter Jackson ponad dwadzieścia lat temu we „Władcy pierścieni”. Obsadzanie w roli krasnoludów, praktykowane uparcie przez Netfliks i Amazon w swoich produkcjach (również w Pierścieniach Władzy), osób niskorosłych jest słabe, ośmieszające i powinno być zabronione. Krasnoludy to nie karły. Ale nieoczytane, ignoranckie matoły tego nie rozumieją. Więc należy się im cytat z zoltanowskiego sihilla (jest na górze tekstu)
Sceny batalistyczne w tym serialu to tęgie nieporozumienie. Na wielu polach. Nie ma taktyki, rozmachu ani sensu. Ale jest troll jaskiniowy. Po stronie Nilfgaardu, dodajmy. Serial nie tłumaczy po co bronimy mostu na Jarudze. Serial w zasadzie nic nie tłumaczy. Nawet tego, dlaczego główny bohater wygląda inaczej niż dotąd. Ani tego dlaczego nosi motocyklowe ciuchy.
Jak na 221 milionów dolarów wydanych na produkcję, to dużo za mało. Kilka dobrych scen, bardzo nierówny poziom – raz to historyjka dla dzieci a za chwilę bardzo brutalna historia z odrzynaniem głów bandzie Szczurów – których cały wątek jest po prostu nudny i w sumie najciekawsza jest ich śmierć…
Nie bardzo umiem przewidzieć, w którą stronę ten serial zmierza – jest tak niekonsekwentny.
I gdzie na wszystkie brrrylanty! jest Feldmarszałek Duda i jego legendarne Rrrrrwa mać!?
Na zdjęciach dwa najjaśniejsze punkty sezonu.
Nie wiem, co mogłabym jeszcze dodać.

