niedziela, 2 października, 2022

Dlaczego Minister Czarnek się myli i strzelanie w szkole to zły pomysł [FELIETON]

foto. arch. prywatne

Temat powrotu do szkół strzelania jako elementu przedmiotu Edukacja dla bezpieczeństwa wzbudza kontrowersje i emocje niemal we wszystkich środowiskach. Głos w sprawie zabierają zarówno osoby, które o strzelaniu i przepisach z nim związanych pojęcia nie mają, ale mówią również ci, którzy znają temat od podszewki. Poniżej jeden z takich głosów.

W pierwszych dniach i tygodniach po 24-tym lutego i napaści ruskich na Ukrainę mieliśmy do czynienia z trzema głównymi kierunkami działania polityków. Była to panika i przerażenie, oraz licytacja na „patrzcie, jak pomagam Ukraińcom” i „patrzcie, jak Coś Zrobiłem”. Panika rzecz ludzka, zwłaszcza jak się jest zupełnie nieprzygotowanym do pełnienia swojej funkcji w nieprzetestowanym systemie programowo niegotowym i bujającym się od kryzysu do kryzysu wyłącznie na papierze – nie to jest tematem. Licytacja na pokazową pomoc, w oderwaniu od ogromnej skali spontanicznej samoorganizacji i realnej pomocy dostarczanej na wszelkie sposoby przez społeczeństwo już od pierwszych godzin też jest ludzka, w końcu kto nigdy nie chciał podczepić się z sukcesem pod cudzą prace niech pierwszy… No dobra, nie ma tyle kamieni, trzeba by kopać i zrywać bruki.

Zajmiemy się dziś trzecim mechanizmem, czyli działaniem na pokaz pod publiczkę i pod presją, że inni już coś, a mój folwark jeszcze nic. A konkretnie, ministrem edukacji Przemysławem Czarnkiem i jego ekspresowym „przywróceniem” „wyszkolenia” „obronnego” do „szkół”. Każdy z cudzysłowów wyjaśnię później, bo każdy ma swoje uzasadnienie, najpierw mięsko, czyli kolejność zdarzeń, rozporządzenie, i główne problemy z całym tym cyrkiem.

Pierwsze zapowiedzi o dołożeniu strzelectwa i obronności do programu minister wypuścił w połowie marca, obstawiam że w charakterze balonu próbnego. Jako że wszyscy mieli co innego do roboty, łącznie z próbami integrowania dzieciaków z Ukrainy do polskiej oświaty i pomocą uchodźcom po prostu w przeżyciu, reakcja społeczeństwa sprowadziła się do paru artykułów w mediach i wściekłego mamrotania pod nosem wśród tych, którzy cokolwiek wiedzą bądź o polskim systemie edukacji, bądź o strzelectwie i tematach obronnych. Potem temat przykrył (od strony strzeleckiej) minister sportu Kamil Bortniczuk, deklarując że to jego resort się zajmie popularyzacją strzelectwa, przeznaczając na to 5 baniek (i taktownie przemilczając, że od dawna co roku PZSS dostaje dokładnie na to samo jakieś 7 baniek – z wiadomym brakiem efektów). Akcja popularyzatorska Ministerstwa Sportu to osobny temat i nie będziemy jej tu tykać.

Temat wrócił w połowie sierpnia, kiedy wypłynął projekt rozporządzenia ministra Czarnka, wdrażający obiecanki z marca. Wdrażający od 1 września, czyli za chwilę. Projekt, który opublikowano w Dzienniku Ustaw równo na dwa tygodnie przed początkiem roku szkolnego, żeby na pewno nikomu nie udało się w żaden sposób zabezpieczyć jakichkolwiek dodatkowych środków na jakiekolwiek faktyczne działanie. Ostatecznie są 2 rozporządzenia – jedno dotyczące podstawówek i szkół branżowych I stopnia (poz. Dz.U.1717), i drugie dotyczące liceów, techników i szkół branżowych II stopnia (poz. Dz.U. 1705). Prawdopodobnie, po to, żeby odwrócić uwagę od tego, że w podstawówce do EDB w klasach IV-VIII ma dojść orientacja w terenie z zajęciami właśnie w terenie, z mapą, kompasem, GPS’em i tak dalej. Szukanie żarcia pod kamieniem i picie deszczówki ma być w szkołach średnich.

Dobra, teraz samo rozporządzenie.

Co w nim jest? W interesującym nas temacie strzeleckim są właściwie 2 (dwa) akapity podlane „zaleceniami”, w par. 1.1.e, w nowej treści na samym końcu. Akapity przytoczę w całości:

<cytat>

IV. Edukacja obronna.

(…)

3. Szkolenie strzeleckie. Uczeń:

1) zna zasady składania i rozkładania broni;

2) potrafi wykonać strzelanie z wykorzystaniem: broni kulowej, pneumatycznej, replik broni strzeleckiej (ASG), strzelnic wirtualnych albo laserowych.

<koniec cytatu>

Dla porównania, cyberbezpieczeństwo w wymiarze wojskowym ma 4 punkty, tak samo jak i Reagowanie w sytuacji zagrożenia działaniami wojennymi(które notabene zawiera tematy survivalowe, typu pozyskanie wody i żarcia w terenie, a nie zawiera nic o dezinformacji). Widać, że cała wrzutka nie tylko strzelecka, ale obronnościowa, została przygotowana przez dyletantów – zwłaszcza, że odsyła do nieistniejących (jeszcze, oraz jednocześnie już) przepisów regulujących obronę cywilną, czy też z jakichś przyczyn uważa, że zjawisko masywnego krwotoku nie występuje poza postrzałami i przypadkami użycia broni.

Długa lista problemów

Czyli, mamy problem praktyczny pierwszy – dodatkowe treści programowe zostały doklejone chaotycznie i na szybko.

Z tego natychmiast wynika problem praktyczny drugi – te dwa akapity są tak ogólne i pozbawione konkretów, że nijak nie wynika z nich co konkretnie dzieciaki mają umieć. W części dotyczącej podstawówki niby jest punkt „zna zasady bezpiecznego i efektywnego posługiwania się bronią strzelecką;”, ale też bez treści – to może być BLOS, to mogą być zasady Coopera w różnych wariantach, to mogą być przepisy PZSS dotyczące strzelań olimpijskich, jeden z 14 pakietów przepisów regulujących formacje uzbrojone, mądrości Taktycznego Dalaj-Lamy, czy też „zasady” wygooglane przez lokalnego, szkolnego janusza strzelectwa, typu „Gun control means using both hands”, czy też „First rule of gun safety is to have fun.” Widać, że ktokolwiek popełnił ten fragment programu, ze strzelectwem w dowolnej postaci nie ma za wiele do czynienia. Z kolei zasady składania i rozkładania broni (jakiej?) sprowadzają się do „przestrzegaj zasad bezpieczeństwa” i „przeczytaj instrukcję użytkownika, po czym stosuj się ściśle do zaleceń producenta”. Tyle. Zupełnie inaczej (innymi czynnościami) rozkładają się Mauser 1892, czarnoprochowy Remington New Army, pepesza, kałach, czy też w końcu współczesne, niemuzealne konstrukcje. Zupełnie inaczej też się je czyści, sprawdza pod kątem zużycia i uszkodzeń, smaruje i konserwuje, co w normalnym świecie jest główną przyczyną „rozkładania i składania”, w tej kolejności. To jest problem drugi – całkowity brak konkretów.

Właśnie, dochodzimy do problemu praktycznego trzeciego. Obecne regulacje unijne zakazują produkowania dezaktów z ruchomymi częściami możliwych do rozłożenia, ASG i wiatrówki zupełnie inaczej działają i wyglądają w środku, a polskie prawo nie przewiduje czegoś takiego, jak wierne repliki 1:1 mechanizmów broni pozbawione możliwości oddania strzału. Tak, Centralne Laboratorium Kryminalistyki Policji ma takich biegłych, którzy potrafią oddać strzał w przerdzewiałego destrukta czy „lufy” ASG, i stoją na stanowisku, że to pełnowartościowa broń. Ergo, do zajęć ze „składania i rozkładania” broni potrzebne są przedmioty koncesjonowane, mające cechy istotnych części broni, a więc dostępne na pozwolenie. Ergo, żeby taka lekcja mogła się odbyć, szkoła MUSI ją zlecić osobnym podmiotom z odpowiednimi papierami – i na broń, i na zajęcia z niepełnoletnimi. Za prawdziwe pieniążki z budżetu szkoły, i niekoniecznie w budynku szkoły.

Problem praktyczny 3.a – ponieważ nie są nijak określone typy broni do składania i rozkładania, istnieje całkiem duże prawdopodobieństwo, że dzieciaki niczego nie dowiedzą się o broni współczesnej, czy to etatowej różnych instytucji, czy to rozpowszechnionej cywilnej. Bo skoro szkoły nie mają kasy, to te zajęcia będą realizowane albo w oparciu o pasjonatów (dobrze), albo „na rympał” z randomami z bardzo dziwnym sprzętem (źle). Nikt nie zadbał o dopisanie w MON i MSWiA wsparcia (i budżetu) dla MEiN w tym zakresie. Już abstrahując od średniej jakości szkolenia w tych instytucjach.

Problem praktyczny czwarty – co to znaczy „wykonać strzelanie”? Puścić parę plastikowych kulek, które widać jak lecą i można korygować „na oko” do dowolnej tarczy ASG oddalonej o parę kroków? Zaplanować konspekt zajęć? Przeprowadzić strzelanie dla jakiejś grupy zgodnie z konspektem i procedurą? Jakie konkretnie strzelanie – statyczne, dynamiczne, „taktyczne”, rekreacyjne? Czyim sprzętem i z zachowaniem jakich procedur? Na jakim obiekcie – bo pykanie w klasie trochę różni się od symulatora czy toru dynamicznego? Bo ten punkt spełnią w tym samym stopniu bezwartościowe strzelecko wyjścia na strzelankę ASG na boisku szkolnym, jak i faktyczna wizyta na strzelnicy. A że wszyscy pójdą najprawdopodobniej po najmniejszej linii oporu, to odpustowe ASG pistoleciki sprężynowe zaczynają się od parunastu bodaj zeta. „Strzelanie” „przeprowadzone”.

Problem systemowy piąty – skoro (przynajmniej na papierze) to jest szkolenie mające być jakoś przydatne dla państwa pod kątem obronności, spodziewałbym się i etatowego sprzętu wojskowego, i określonych procedur ukierunkowanych na wojsko, i ścisłej współpracy MON w realizacji. Tego nie ma, jest „wolna amerykanka” i „radźcie sobie zasobami szkół”. I przedpotopowa muszka i szczerbinka, którą wszyscy obecnie zastępują optoelektroniką różnej maści – między innymi ze względu na łatwość szkolenia i użycia.

Problem praktyczny szósty – w ten sposób płynnie przechodzimy od „czego uczyć” do „kim uczyć”. Otóż, nie są nigdzie określone uprawnienia pozwalające na prowadzenie tych zajęć. Znaczy, technicznie rzecz biorąc, może w ramach lekcji napierdalać z dzieciakami z wiatrówki pan woźny, bo odbył zasadniczą służbę wojskową za poprzedniego reżimu. Minister Czarnek jest niesamowitym optymistą, wrzucając tematy strzeleckie zupełnie nieprzygotowanej kadrze, zupełnie bez szkoleń i bez praktyki, i najczęściej zupełnie bez świadomości obowiązujących przepisów. W Polsce jest coś takiego jak uprawnienie prowadzącego strzelanie, wymagane do prowadzenia jakichkolwiek zajęć na strzelnicy (upraszczam – praktyków od razu przepraszam), zdobywane przez cywilów w/g określonych przepisów w ramach PZSS, LOK, PZŁ (i pomimo, że to jest to samo uprawnienie, każda organizacja nadaje je inaczej), i tyle. O ile prowadzenie strzelania ASG czy wiatrówkowego w terenie przygodnym bez uprawnień nie jest technicznie rzecz biorąc zabronione, o tyle źle zorganizowane może skończyć się trwałym kalectwem, bo oczy nie odrastają, nawet wybite rykoszetem „w słusznej sprawie”.

W normalnych warunkach ogarnięcie kogoś z ulicy od zera do prowadzenia bezpiecznych zajęć strzeleckich z czegokolwiek mocniejszego od gumki do majtek, według znanego i przećwiczonego konspektu to jakieś parę dni teorii i miesiąc-dwa intensywnej praktyki pod bezpośrednim nadzorem. Tu nie mamy ani konspektu, ani kadry która miałaby robić ten nadzór, ani szkoleń, ani czasu, ani obiektów, ani sprzętu. Co może pójść nie tak?

Ale przecież PO kiedyś uczyli byli wojskowi

Tak, bo kiedyś „byłych wojskowych” których dało się zmusić do uczenia w szkołach było jakby więcej. Powiedz emerytowanemu wojskowemu, że ma się teraz użerać z klasą nastolatków za marne grosze na sporym ryzyku prawnym, to cię wyśmieje. Jeśli ma chęć udzielać się strzelecko, to spokojnie może się realizować w proobronnych, czy strzelectwie sportowym, bez użerania z przymuszonymi do zajęć dzieciakami – i jeszcze mu kursanci za to zapłacą niemałe pieniądze. Na obiekcie do tego dedykowanym, nie na korytarzu szkolnym.

Problem 7. Nie ma fizycznie w kraju wystarczającej ilości strzelnic, żeby każdy dzieciak mógł choćby w starym stylu z PO pójść raz na strzelnicę i pyknąć 5 sztuk z „kabekaesa”. Po prostu nie ma tyle obiektów komercyjnych w PL, a obiekty w zarządzie MON i MSWiA nie wyrabiają ze szkoleniem na potrzeby instytucji macierzystych. A minister Czarnek chce, żeby dodatkowo rocznie jakieś 300 000 dzieciaków sobie „przeprowadziło strzelanie”. Skończy się na odpustowym ASG na korytarzu szkolnym i wpajaniu złych nawyków.

Tylko, że nawet te ASG ktoś będzie musiał kupić, i to w wystarczającej ilości żeby wytrzymały zetknięcie z nastolatkami niekoniecznie pełnymi entuzjazmu do tych zajęć. Ktoś będzie musiał te ASG utrzymywać, wymieniać zużyte części (a będą się szybko psuć – dolary przeciw orzeszkom, że to będzie najtańsza z chińskich tanioch), kupić i utrzymywać w dobrym stanie okularki, cele. Sprzątać kulki, gdzieś to wszystko składować, liczyć, generalnie opędzać temat logistycznie. A to jest wariant minimum, po najmniejszej linii oporu, po kosztach, z minimalnym ryzykiem i minimalnym sensem, na odbębnienie. O ile szkole w ogóle będzie się chciało w to bawić, bo jest dwuletni okres przejściowy, w którym szkoła może po prostu rozłożyć ręce i stwierdzić, że nie będzie zajęć robić z braku dostępu.

To nie lepiej było rok szkolny 2022/2023 przeznaczyć na zajęcie się tematem z głową, przygotowanie kadry, zaplecza, programu, budżetu, współpracy między resortami? Znaczy, gdyby celem ćwiczenia było FAKTYCZNE nauczenie dzieciaków czegokolwiek PRZYDATNEGO, a nie odtrąbienie sukcesu w ministerstwie w oderwaniu od rzeczywistości?

Problem 8 – cała impreza jest marnotrawieniem zasobów na pokaz, polegającym na przepchnięciu pod rzeczywistą presją czasową (bo wojna na Ukrainie dobitnie pokazała, jak bardzo nieodporne i nieprzygotowane na większy fakap mamy społeczeństwo i państwo) działań pozornych (bo pierwsze dzieciaki, które mają szansę cokolwiek tej edukacji liznąć, będą pełnoletnie za jakieś 3 lata – realistycznie z okresem przejściowym za 5), nie wnoszących nic do bieżącej sytuacji i nie rokujących jakiegoś skoku jakościowego w przyszłości. I „ideolo” w żadnej postaci nie ma tu nic do rzeczy – znam dzieciaki absolutnie niekonserwatywne, a bardziej ogarnięte w tematach odporności i obronności na poziomie praktycznym, niż wielu polityków prawicy. Od prób napompowania dzieciaków wielkimi słowami wzrośnie tylko opór, co widać chociażby po statystykach uczęszczania na religię.

Problem 9 – mianowicie niska wartość dodana tych zmian z perspektywy obronności państwa. No bo pierwsze pytanie brzmi: Jaki praktyczny wpływ na obronność państwa ma to, że dzieciaki na siłę pykną parę razy z ASG? W perspektywie 5 lat – dosłownie żaden. W dłuższej perspektywie… Może pamiętacie, jaki wpływ na religijność społeczeństwa miało wprowadzenie religii do szkół. Jak nie, to sobie sprawdźcie. Z perspektywy szkolenia nowych funkcjonariuszy i żołnierzy – żaden, bo z jednej strony indywidualne, podstawowe umiejętności strzeleckie mają stosunkowo krótki okres zaniku i wymagają regularnego podtrzymywania, a z drugiej strony indywidualne umiejętności strzeleckie przestały być jakąkolwiek ogólną, zauważalną wartością w wojnie symetrycznej jakoś tak na początku XX wieku, wraz z rozwojem artylerii, lotnictwa, broni samoczynnej i mechanizacją piechoty. Zestaw umiejętności, który wyłania się jako niezbędny dla zwykłego pojedynczego żołnierza patrząc na Ukrainę składa się z umiejętności pozostania niewykrytym, umiejętności połatania rannych tak, żeby dało się ich ewakuować, umiejętności namierzenia, zidentyfikowania i przekazania pozycji wroga, umiejętności obsługi zaawansowanej technologii (drony, termo/noktowizja, radio z dyscypliną transmisji, internet z OpSec), samodzielności w działaniu – a potem jest już od razu obsługa sprzętu ciężkiego. Umiejętności walki zespołowej są znacznie bardziej wartościowe, niż umiejętność składania i rozkładania muzealnego sprzętu z przedpotopowymi systemami celowania według regulaminów z zeszłego stulecia. Program EDB z rozporządzenia nie dość, że tych tematów nie adresuje, to nawet nie wie, na jakim kontynencie one mieszkają.

A ponieważ w Polsce nie istnieje poważna dyskusja na tematy odporności społeczeństwa, wyparta z jednej strony przez zrzucanie wszelkiej odpowiedzialności na państwo, a z drugiej strony kastrowana przez pełzające rozszerzanie uprawnień państwa, to mamy problem 10 – nieproporcjonalną reakcję emocjonalną społeczeństwa na samą sugestię, że być może dzieciaki powinny coś wiedzieć w związku z tym, że kilkaset kilometrów od ich domów jest granica, za którą toczy się pełnoskalowy, konwencjonalny konflikt zbrojny, z ruskimi zbrodniami wojennymi, wymianą ciężkiego ognia na wszelkich możliwych dystansach, i ogromnymi ofiarami cywilnymi. Problem 10 polega z jednej strony na tym, że „liberalna” część społeczeństwa nadal nie jest w stanie pojąć, że aparat państwowej przemocy składa się z wyszkolonych członków tegoż społeczeństwa, którzy w drodze umowy społecznej wzięli na siebie niefajną robotę skutecznego używania przemocy na skalę przemysłową (i w związku z tym byłoby lepiej, gdyby w siłówce nie służyli tylko ludzie z negatywnego naboru z „nizin” społecznych tradycyjnie stanowiących rezerwuar rekrutacyjny armii, ale żeby był tam znaczący odsetek ludzi odporniejszych na manipulację, zdolnych do niezależnego myślenia mimo presji grupowej i systemowo wyposażonych w narzędzia pozwalające odizolować polityczny nepotyzm od struktur siłowych). Ci ludzie, nie wiedząc nic o strzelectwie poza tym, że demokraci w USA są przeciwko, są mocno zaniepokojeni nieznanym, które postrzegają jako faszyzację, militaryzację, normalizację przemocy, i inne -acje. Częściowo słusznie, ale najbardziej widoczną cechą tej strony społeczeństwa jest alergiczna reakcja na cokolwiek związanego z tą obrzydliwą, niepoddającą się zaklęciom rzeczywistością, że nie z każdym i nie zawsze da się spokojnie dogadać.

Z drugiej, symetrycznej strony problemu 10 jest „konserwatywna” część społeczeństwa. Mentalnie tkwiąca w XIX wieku, gdzie fala, bagnet i karabin były podstawowymi narzędziami wielkich armii opartych na masach piechoty. Dziedzictwo „zetki” schyłkowego okresu, gdzie każdy obrywał bezsensownie, nieefektywnie i po równo, w jakiś magiczny sposób stając się „prawdziwym mężczyzną” w wyniku czyszczenia kibli szczoteczką do zębów, będąc na państwowym utrzymaniu. Do nich z kolei nie dociera, że wielopłaszczyznowa ewolucja społeczeństw spowodowała, że już od bardzo dawna nie wystarczy postawić w szeregu większej ilości tępych bagnetów, żeby cokolwiek wygrać. Że od wynalazku pana Gatlinga sztuka już nie jest równa sztuce, że musztra i maszerowanie równymi szeregami nie ma żadnej wartości bojowej od wynalazków panów Maxima i Browninga, że kolorowe mundury przestały się sprawdzać od czasów kiedy obserwatorzy artyleryjscy dostali lornetki i łączność, i tak dalej, i tak dalej. Tematy wojny informacyjnej są dla nich pojęciowo niedostępne. O ile częściowo mają rację, że jakaś forma powszechnego szkolenia zapewnia instytucjom państwowym rezerwy możliwości i personelu (w różny sposób), o tyle całkowicie nie łapią brutalnego faktu, że pojedynczy średni strzelec z karabinem zaznaczy swoją obecność na współczesnym polu walki głównie jako plama ciepła widoczna w termowizji czegoś naprowadzającego ogień z daleka. A i to chwilowo.

Kłócimy się o pietruszkę a są poważniejsze tematy

Ale ponieważ obie części społeczeństwa jadą wyłącznie na emocjach, są całkowicie podatne na manipulację polityków i niezdolne do zauważenia, jak bardzo są wykorzystywane przez tychże, przy całkowitym braku jakichkolwiek działań ze strony państwa zorientowanych na zapewnienie społeczeństwu większej odporności na fakapy różnej skali. Ludzie się teraz kłócą o dzieciaki pykające na lekcji z ASG, a w tej chwili w Polsce nie ma ŻADNYCH przepisów regulujących obronę cywilną, państwo próbuje wyczarować rozwiązanie kryzysu energetycznego przez mocne zamknięcie oczu i głośne tupanie, a jak cokolwiek się zawali to natychmiast ludzie wyciągają żałośnie łapki do państwa, które pozbawiło ich nawyku dbania o zapas i samodzielność.

Wrócę na koniec do cudzysłowów z początku tej ściany tekstu: „przywróceniem” „wyszkolenia” „obronnego” do „szkół”. Minister Czarnek nic nie „przywraca”, bo rozporządzenie programowe jest nierealizowalne z braku środków, kadry, konkretów programowych, obiektów, sprzętu, czasu i jakiejkolwiek spójności systemowej. „Wyszkoleniem” tego absolutnie nie można nazwać, ze względu na całkowity brak konkretów i jakiejkolwiek myśli przewodniej w tych dwu akapitach. „Obronne” też nie jest, bo bądźmy poważni – zakres programowy z rozporządzenia, z jednym wyjątkiem użycia opaski uciskowej, jest całkowicie pozbawiony wartości dla jakiejkolwiek instytucji obronnej, o odporności społeczeństwa nie wspominając. Nawet jeśli dzieciaki jakimś cudem odbębnią te zajęcia, zapomną wszystko w 48 godzin. A ponieważ przez najbliższe dwa lata każda szkoła może rozłożyć ręce i nic nie robić z braku dostępnych środków, także i „szkoły” (w domyśle – wszystkie) całkowicie zasługują na cudzysłów.

Tyle problemów, teraz część konstruktywna, szkicująca jakieś potencjalne rozwiązania.

Głównym tematem jest podniesienie odporności społeczeństwa na różne zdarzenia zakłócające jego funkcjonowanie – od lokalnych wypadków i zdarzeń losowych, przez globalne losowe jak trwająca pandemia, aż do pełnoskalowej wojny. Jako że państwo jest tylko emanacją społeczeństwa (niezależnie od zaklęć ideologicznych), bez szerokiego konsensusu dotyczącego i samego istnienia problemu (że trzeba by), i jego priorytetu (że trzeba by od razu, teraz), i ogólnego kosztu jego rozwiązania (że samo się nie zrobi, ani nie zrobią tego za nas mityczni „ONI”, i że każdy ma swoje do odrobienia) nie uda się jakakolwiek reforma wbrew społeczeństwu. Mamy powoli trzy wieki wprawy w działaniach w kontrze do państwa.

Zatem, pierwszą rzeczą jest to, że społeczeństwo musi przyjąć do wiadomości parę podstawowych rzeczy:

– złe rzeczy zdarzają się dobrym ludziom. Dlatego oprócz nadziei, że będzie dobrze, należy mieć plan zapasowy, gdyby jednak poszło źle. Tu rolą państwa jest wspieranie (a przynajmniej, nieprzeszkadzanie) wszelkich oddolnych, lokalnych działań wpisujących się w poprawę odporności. Tego nie ma, bo urzędnicy uważają obywateli za idiotów, nie partnera i podmiot.

– czasami konieczne jest użycie przemocy, żeby powstrzymać złych ludzi. Dlatego umówiliśmy się, że niektórzy z nas będą się uczyli efektywnego stosowania tej przemocy na dużą skalę, a my będziemy im za to płacić. Nie zwalnia to jednak nas z indywidualnego obowiązku moralnego posiadania wiedzy i umiejętności pozwalających dożyć przyjazdu kawalerii (choćby przez ucieczkę na czas poza strefę zagrożoną). Tu rolą państwa jest, niespodzianka, wspieranie (a przynajmniej, nieprzeszkadzanie) wszelkich oddolnych, lokalnych i tak dalej. Tego też nie ma.

– mamy na wschodzie granicę z nieobliczalnym sąsiadem (Białoruś jest całkowicie zależna i kontrolowana przez ruskich), który wszczyna pełnoskalowe wojny na wyniszczenie i rutynowo zabija cywilów. To znaczy, że nie wystarczy garstka zawodowców, żeby zapewnić zdolność do obrony życia, nie wspominając o mieniu obywateli. To z kolei znaczy, że państwo powinno w końcu uznać potencjał partnerów społecznych, tak w zakresie obrony cywilnej (obecnie nieistniejącej), jak i obrony tzw. totalnej (obecnie nieistniejącej), czy zwykłej odporności na zakłócenia (też obecnie nieistniejącej, vide rutynowe całkowite zaskoczenie i państwa, i społeczeństwa jakimkolwiek nietypowym zdarzeniem). A potencjał w społeczeństwie mamy ogromny, wystarczy popatrzeć na skalę pozapaństwowej pomocy Ukraińcom i Ukrainie.

– nie wszyscy się dogadujemy we wszystkich tematach, ale „w razie W”, wszyscy będziemy siedzieli w tym samym szambie. To znaczy, że niektóre spory polityczne i światopoglądowe, jakby nie były poważne i fundamentalne w czasie pokoju, muszą pozostawać nierozstrzygnięte i zamrożone, kiedy współdziałamy celem zapewnienia fizycznego przetrwania na poziomie indywidualnym i społecznościowym. To z kolei znaczy, że mieszanie ideologii dowolnej i bieżącej polityki do tematów odporności społeczeństwa, obrony cywilnej itp. powinno skutkować natychmiastowym ostracyzmem i ostrym potępieniem niezależnie od innych poglądów. Gra w obronność toczy się w dekadach, a nie w cyklu newsów, aferek i wyborów. Tego nie ma, działania państwa noszą wszelkie cechy chaotycznego miotania się pod chwilowe potrzeby polityków.

Krótko, jako społeczeństwo musimy przyjąć do wiadomości, że w zakresie gotowości i odporności musimy się dogadywać ponad podziałami, państwo nie może być jedynym gwarantem bezpieczeństwa, i nie może mieć całkowitego monopolu na przemoc, systemy ratunkowe, i szkolenia specjalistyczne. Nie stać nas na tak rozbudowane państwo.

Państwo z kolei musi dorosnąć do traktowania obywateli spoza struktur jako partnerów i zasobu, a nie łaskawie tolerowanych przeszkadzajek. Najszybszym obecnie sposobem zbudowania rezerwy byłaby jakaś forma dobrowolnego, zestandaryzowanego szkolenia wojskowego dla chętnych, ale bez konieczności od razu zobowiązywania się do dostępności na zawołanie do zatykania dziur w zdolnościach MON i MSWiA. Znam wielu ludzi, którzy chętnie przeszliby takie szkolenie, ba, nawet za nie (i za ekwipunek) zapłacili z własnych pieniędzy, ale z różnych przyczyn nie pasuje im idea łowienia padłych ryb w Odrze, patrolowania miast pilnując kwarantanny, czy biegania po lasach na granicy z Białorusią. Systemowo, obecnie takiej możliwości nie ma.

Przepisy dotyczące strzelnic cywilnych de facto nie istnieją – za każdym razem próba budowy nowego obiektu całkowicie zależy od dobrej woli samorządu lokalnego i jest drogą przez mękę. To jest rzecz, którą kapitan państwo mógłby zracjonalizować właściwie bezkosztowo.

Przepisy dotyczące strzelnic resortowych są tak wyśrubowane, że wojsko i policja z braku własnych obiektów jeździ robić swoje strzelania na obiektach cywilnych, komercyjnych. Tu też jest ogromne pole na ulepszenia i uproszczenia.

Szeroko rozumiana edukacja „preperska” obecnie nie istnieje, poza ostatnimi podrygami idącego do zaorania RCB, i garścią prywatnych inicjatyw pasjonatów. Widać to zwłaszcza w dużych miastach, gdzie każde zakłócenie jakiegokolwiek łańcucha dostaw będzie miało największe i najgwałtowniejsze konsekwencje, a jednocześnie populacja jest najbardziej podatna na dezinformację i panikę.

Każdy urzędnik, który twierdzi, że państwo o wszystkich zadba jakby co, i że indywidualny obywatel nie ma żadnej roli w systemie bezpieczeństwa, powinien z punktu polecieć ze stanowiska – z wilczym biletem, bo nigdy i nigdzie nie będzie tak, żeby aparat państwowy był w stanie każdemu zagwarantować bezpieczeństwo inne niż statystyczne. Tylko tu jest problem – społeczeństwo zdolne do samoorganizacji, odporne na zdarzenia, składające się ze świadomych, samodzielnych jednostek działających w duchu odpowiedzialności osobistej za siebie i innych, jest też społeczeństwem słabo podatnym na odgórne zarządzanie wbrew swoim przekonaniom i wartościom. A to jest trudna piguła do przełknięcia dla urzędników, bo przywraca naturalny porządek władzy służącej społeczeństwu, na zamówienie tegoż społeczeństwa i w ramach mandatu od tegoż społeczeństwa.

I dopiero potem, jak już będzie kim, czym, gdzie, za co, kiedy, i z kim, i z szerokim (choćby i niechętnym) zrozumieniem społeczeństwa, dopiero wtedy można się zacząć zastanawiać nad jakąkolwiek formą obowiązkowości szkolenia. Inaczej, przymus zrodzi opór i nigdy nie będzie lepiej.

A na razie kłócimy się o to, czy minister może, czy nie może dzieciakom kazać pyknąć raz do roku kilka kulek z ASG w ramach szkoły. Dajemy się robić jak, nomen omen, dzieci.

MS

Zobacz również: