Puste krzesło, klucze do ambasady. Rzecz o Polsce i Turcji

Przy okazji wielkiej polityki, wizyt zagranicznych głów państw, warto sobie kilka ciekawostek przypomnieć i dopowiedzieć, że są takie miejsca na świecie, w których Polacy w ciągu swej historii mieli zagorzałych wrogów, wiernych przyjaciół, honorowych obrońców. I takim miejscem jest właśnie Turcja, do której ostatnio wybrał się Prezydent RP. Ale nie będzie ani o Prezydencie Nawrockim, ani o Prezydencie Erdoganie. Cofniemy się dużo dalej…

Puste krzesło

Jest w historii stosunków polsko-tureckich zdanie, które przez ponad sto lat wypowiadane było na dworze sułtańskim z rozmysłem, a nie z niewiedzą. Przy każdej uroczystej prezentacji dyplomatów, gdy wywoływano kolejno reprezentantów mocarstw i małych królestw, padało to samo pytanie – czy przybył już poseł Lechistanu. I za każdym razem padała ta sama odpowiedź. Że nie przybył. Że jeszcze nie dotarł. I zostawiano puste krzesło. To nie był protokolarny błąd. To był komunikat polityczny, który Wysoka Porta kierowała jednocześnie do Warszawy, której już nie było, i do Petersburga, Berlina oraz Wiednia, które Warszawę między siebie podzieliły. Komunikat brzmiał prosto – Polska istnieje, dopóki my mówimy, że istnieje.

Dawny wróg jako jedyny obrońca

Paradoks tej sytuacji jest uderzający. Imperium Osmańskie i Rzeczpospolita przez dekady toczyły ze sobą krwawe wojny – pod Cecorą, pod Chocimiem, wreszcie pod Wiedniem w 1683 roku, gdzie Jan III Sobieski rozgromił armię pod dowództwem Kara Mustafy. A jednak to właśnie ten były wróg okazał się jedynym znaczącym mocarstwem, które odmówiło uznania wymazania Polski z map świata. Rosja, Austria i Prusy w tajnym artykule konwencji petersburskiej z 26 stycznia 1797 roku zapisały wprost, że samo imię Polski ma być na zawsze wymazane z prawa narodów. Konstantynopol zbagatelizował ten nakaz, czym narobiło sobie w Sankt Petersburgu niemało wrogów. Konsekwencje tej decyzji były bardzo konkretne. Polska szlachta i żołnierze, którzy po klęskach kolejnych powstań tracili dach nad głową i paszport, mieli dokąd uciekać. Imperium Osmańskie przyjmowało ich chętnie – i nie tylko z humanitarnych pobudek. Rosja wywierała stały nacisk, żądając ekstradycji emigrantów politycznych. Turcja odmawiała, częstokroć sięgając po dyplomatyczny fortel – chroniła Polaków przed wydaniem, nakłaniając ich do formalnej konwersji na islam, po czym argumentowała Rosjanom, że nie może wydać muzułmanina. Wyznanie było tu tarczą prawną, nie kwestią sumienia.

Istnieje co prawda teoria, głoszona przez ludzi złośliwych, że Osmanom nie opłacało się uznać rozbioru Rzeczpospolitej, gdyż koszt przerobienia wszystkich map, w jakich posiadaniu był Konstantynopol, miał rzekomo być astronomiczny – uznano więc, że trwanie przy Lechistanie będzie tańsze. Ale zostawmy złośliwych ludzi i ich niedorzeczne teorie.

Generał, który zmienił religię, by walczyć z carem

W tej logice przyjął islam generał Józef Bem – człowiek, który bronił Lwowa i Wiednia w 1848 roku, a potem poprowadził Węgrów przeciwko Habsburgom, zanim carski korpus pod Paskiewiczem nie zdusił rewolucji. Po klęsce Bem schronił się w Turcji, przyjął imię Murat Pasza i stanął na czele twierdzy w Aleppo. Walczył w tureckim mundurze do końca życia, które złamała malaria w grudniu 1850 roku. Do Tarnowa wrócił dopiero w 1929 – jako prochy.

Józef Bem, fot.wikipedia

Wywiad emigracyjny nad Bosforem

Jeszcze ciekawszą postacią był Michał Czajkowski, który trafił do Stambułu jako emisariusz księcia Adama Czartoryskiego z misją budowania propolskiej siatki wpływów. Przyjął imię Mehmed Sadyk Pasza, sformował oddział kozacki złożony z polskich uchodźców i poprowadził go do walki z Rosją w czasie wojny krymskiej.

Michał Czajkowski, fot. wikipedia

Jego życie zakończyło się tragicznie – po dziesiątkach lat misji w osmańskiej służbie, stary i złamany, wrócił na Ukrainę, wyrzekł się islamu i zastrzelił się w 1886 roku. Romantyk do końca, tyle że romantyzm w tym przypadku oznaczał przede wszystkim cierpienie. Czajkowski był jednak czymś więcej niż tylko awanturnikiem z misją. Był centralnym ogniwem rozbudowanej siatki wywiadowczej, którą zbudował jeden asów – powiedzielibyśmy dziś – wywiadu szczególnie tego wschodniego – Czartoryski – i którą dziś, bez przesady, można by nazwać służbami specjalnymi emigracyjnego rządu (wywiad AK narodził się ponad wiek później, ale miał dobre podstawy).

Hotel Lambert, rok 2018, fot. wikipedia

Hotel Lambert, paryska rezydencja księcia, prowadził dwie równoległe agencje: Agencję Wschodnią z centrum w Stambule i Agencję Zachodnią działającą w Europie. Czajkowski (dziś można porównać go do współczesnego oficera wywiadu wojskowego – rezydenta) szefował tej pierwszej. Jego oficerowie i agenci działali nie tylko w samym Stambule, ale na całym Kaukazie, Bałkanach, w Persji i Afganistanie – wszędzie tam, gdzie Rosja miała żywotne interesy i gdzie można jej było zaszkodzić lub ją obserwować.

Czartoryski miał do tego zresztą idealne CV. Przez kilka lat był ministrem spraw zagranicznych – i tu uwaga – Rosji, a także przyjacielem cara Aleksandra I, człowiekiem który chodził po najwyższych korytarzach władzy w całej Europie. Jego portret do dziś wisi na przeciwko wejścia do gabinetu obecnego ministra spraw zagranicznych Rosji – Siergieja Ławrowa. Po klęsce powstania listopadowego, skazany zaocznie na śmierć przez ścięcie toporem, przeflancował całe to doświadczenie na działalność emigracyjną ale sprzedawczykiem był ojcem ówczesnych emigracyjnych polskich służb wywiadowczych.

Europejskie rządy traktowały Hotel Lambert jako nieformalną ambasadę nieistniejącego państwa polskiego – bo w sensie operacyjnym nią właśnie był. W czasie wojny krymskiej Czartoryski zdołał wystawić w armii osmańskiej dwa osobne polskie oddziały kawalerii, które walczyły przeciwko Rosji pod turecką flagą. Metodologia wywiadowcza była (i jest) dokładnie ta sama, co w służbach profesjonalnych – żywe źródła ludzkie, agenci w terenie, wpływ na decyzje obcych rządów, sabotowanie rosyjskich interesów w kilku teatrach jednocześnie. Bez Turcji nie było to możliwe.

Polak, który stworzył Turcję

Wątek ten ma jeszcze jeden wymiar, o którym mówi się rzadko. Ideologiczne fundamenty pod nowoczesną Republikę Turecką – tę, którą zbudował Atatürk – współtworzył Polak. Konstanty Borzęcki, uczestnik powstania wielkopolskiego i rewolucji węgierskiej, po dotarciu do Turcji przyjął imię Mustafa Dżelaleddin Pasza, doszedł do stopnia generała dywizji i napisał traktat, w którym argumentował, że Turcy są europejskim narodem zdolnym do modernizacji. Ta książka bezpośrednio zainspirowała Atatürka przy budowie nowoczesnego państwa tureckiego – włącznie z ideą przyjęcia alfabetu łacińskiego. Polska myśl polityczna zapisana po turecku.

Konstanty Borzęcki, fot. wikipedia

Adampol – polska wioska nad Bosforem

W 1842 roku, z inicjatywy wspomnianego wyżej Czartoryskiego, pod Stambułem powstał Adampol – dzisiaj Polonezköy. Zamieszkali ją polscy emigranci, w tym zdezerterowani z armii carskiej żołnierze, których Turcy wykupywali z własnej niewoli tylko po to, by nie wracali do Rosji. Wioska istnieje do dziś. To nie jest zabytek – to żywy dowód na to, że osmańska polityka wobec Polaków miała wymiar praktyczny, a nie tylko deklaratywny.

A więcej o tym wyjątkowym miejscu pisaliśmy tutaj:

Rachunek wyrównany

Symboliczna klamra tej historii zamknęła się w 1923 roku. Polska, która odrodziła się w 1918, była jednym z pierwszych państw świata, które uznały nowo powstałą Republikę Turecką i rząd Atatürka. 23 lipca 1923 podpisano traktat przyjaźni. W geopolitycznej grze rachunki zostały wyrównane – naród, który nie uznał wymazania Polski przez 123 lata, doczekał się rewanżu dokładnie w tym momencie, gdy sam potrzebował uznania od świata.

Mustafa Kemal Atatürk, fot. wikipedia

Legenda mówi też, że przez cały ten czas w skarbcu sułtańskim przechowywano klucze do polskiej ambasady w Konstantynopolu, które w 1918 roku przekazano polskim przedstawicielom. Nie wiadomo, czy to prawda. Ale nawet gdyby była tylko legendą – mówi więcej o charakterze tej relacji niż niejeden traktat dyplomatyczny.

Najprawdziwsze pamiątki

Legenda o kluczach może i jest piękna, jednak w relacjach polsko-tureckich nie brakuje pięknych symboli, całkiem namacalnych. Jednym z nich, niezwykłym, jest powrót do Polski zbioru pamiątek po Michale Sokolnickim – ostatnim Ambasadorze II Rzeczypospolitej w Ankarze. Były to między innymi: prywatne mienie ambasadora, archiwalia i biblioteka licząca 3200 woluminów. To prawdopodobnie najbardziej pełny i najlepiej zachowany zespół pamiątek polskiej dyplomacji czasów dwudziestolecia i II wojny światowej. 

Michał Sokolnicki, fot. NAC

W polityce międzynarodowej siła militarna jest czynnikiem istotnym – nie tylko między mocarstwami. Liczy się wspólna historia, kultura i wszystko co łączy. Bo na porządnie pielęgnowanej wspólnej historii, można wyhodować całkiem przyzwoitą przyszłość.