sobota, 25 września, 2021

Cancel culture – dyktat przewrażliwionych nad rozumem

foto/ domena publiczna

Ruch cancel culture ma tyle zwolenników, co przeciwników, gdyż słuszne ideały wykorzystuje nieraz do realizacji określonych celów politycznych. W rękach użytkowników mediów społecznościowych stał się narzędziem do usuwania niewygodnych postaci bądź dzieł z przestrzeni publicznej. A wszystko to w imię wyrównywania krzywd i dopuszczania do głosu grup wykluczonych. Dlaczego jednak uciszył tak wiele osób, a my już nie wiemy, kto tu właściwie jest przestępcą, a kto ofiarą?

Czy istnieje coś takiego jak cancel culture? Niektórzy wypowiadający się w polskich mediach autorzy – chociażby w „Krytyce Politycznej” – temu zaprzeczają. Inni z kolei dowodzą, że zjawisko to istniało od zawsze. Można oczywiście ustawić optykę w taki sposób, aby zjawisko cancel culture stało się tylko nieistniejącą ułudą, ale biorąc pod uwagę otwartość i bezpośredniość, z jaką cancelowanie jest praktykowane (w marcu 2021 r. młodzi użytkownicy TikToka rozpoczęli kampanię cancel Eminem), uznanie go za fakt społeczny wydaje się czymś mało kontrowersyjnym. Jednakże istnienie czegoś nie zawsze świadczy o jego wartości.

Pod ogólnym terminem cancel culture kryje się cała masa różnorodnych działań dążących do przemodelowania współczesnej kultury, aby wyeliminować wszelkie potencjalnie krzywdzące i obraźliwe treści.

Mało tego, chodzi także o przynajmniej częściowe wyrównanie krzywd, czyli o dopuszczenie do głosu środowisk dotąd wykluczanych i upokarzanych. Wiąże się to zarówno z obalaniem pomników postaci historycznych zbrukanych popieraniem niewolnictwa, jak i z wycofywaniem z listy lektur szkolnych książek, które miałby propagować rasizm(w Polsce niedawno zaproponowano usunięcie z listy lektur „W pustyni i w puszczy” H. Sienkiewicza) Osobom oskarżonym o molestowanie seksualne albo inne formy przemocy odwołuje się intratne kontrakty. Tacy artyści mogą nawet zostać usunięci z obsady filmu. Z kolei filmy i seriale uznane za obraźliwe dla dzisiejszego widza są cancelowane w całości albo usuwa się ich znaczące fragmenty, nawet jeśli część z tych decyzji bywa później odwoływana. Mamy więc do czynienia ze zjawiskami na wskroś zróżnicowanymi, wśród których występuje pewien motyw przewodni.

Dokonuje się rewaloryzacji kultury, koryguje ją w zgodzie ze współczesną wrażliwością. Nie ogranicza się to do oceniania pewnych zachowań bądź postaw jako dobrych i złych, ale dąży się do całkowitego wyrugowania zła ze świata, nie licząc kontekstu jednoznacznie potępiającego.

Ludzie wymazani z kultury

Zwolennicy cancel culture niekiedy bagatelizują jej metody i twierdzą, że w zasadzie wcale nie osiąga ona swoich celów. Czy po oskarżeniach Marylina Mansona o molestowanie popularność jego twórczości na platformie Spotify nie wzrosła? Zdaniem zwolenników opisywanego zjawiska mamy do czynienia raczej z wytaczaniem armat na wróble lub walką z wiatrakami. Chociaż sama idea jest słuszna i szczytna, to jednak na chwilę obecną niewystarczająco skuteczna. Cancel culture nie jest w stanie dopiąć swego celu, ponieważ jest to niemożliwe ze względów technicznych, nadal jednak powinniśmy dążyć do jego pełnej realizacji. Co jeżeli w pewnym momencie rzeczywiście pojawią się środki umożliwiające wcielenie tej wizji w życie?

W niektóre osoby cancelling rzeczywiście nie trafia (vide Manson), z kolei w inne uderza z dużą siłą, o czym mogą poświadczyć fani Woody’ego Allena czekający już bite pół roku na premierę filmu Rifkin’s Festival. Wyświetlono go w zaledwie dwóch europejskich krajach, natomiast w pozostałych (włączając w to USA i Polskę) nie jest on w ogóle dostępny. Zignorowano zatem zupełnie zasadę domniemania niewinności, a formalne procedury pozwalające danemu człowiekowi dowodzić braku winy zostały zastąpione bezterminową anatemą.

Wykluczenie w erze totalnej globalizacji

Głosy zwracające uwagę na wszechobecność cancellingu w historii ludzkości mają wiele racji. Muszą jednak także dostrzec różnicę między historycznym ostracyzmem a jego nową formą w epoce (niemal) totalnej globalizacji internetowej. O ile kiedyś wykluczenie poza społeczność było ograniczone terytorialnie i czasowo, o tyle teraz osoba, która padnie ofiarą internetowego shamingu, jest naznaczona globalnie i prawdopodobnie na zawsze. Naturalnie tego rodzaju sytuacja może mieć też swoje plusy. Jeśli nasi krytycy mogą pochodzić zewsząd, to przecież i obrońcy mogą zmobilizować się na każdym kontynencie. Dowodem na to są rozmaite petycje broniące aktorów uznanych za niesłusznie oskarżonych. Smutne realia internetu wskazują jednak na inną prawidłowość – raz zszarganą reputację niepodobna zazwyczaj naprawić, a głosy powierzchownego potępienia będą zdecydowanie bardziej słyszalne.

Ten XXI-wieczny ostracyzm boli również pod innym względem. Czym innym jest bowiem paść ofiarą np. instytucji państwa, a czym innym stać się obiektem linczu ze strony milionów ludzi podobnych do nas. Trudno tutaj o instancję odwoławczą. Dotyczy to nie tylko celebrytów, lecz także prawdziwych ofiar przemocy (zgłoszenia fałszywe to tylko parę procent całości), które mogą bać się zgłaszać przestępstwa (szczególnie jeżeli dotyczą sławnych osób), aby nie zostać oskarżone o chęć zdobycia sławy. Materia ta jest niezwykle skomplikowana, a pod pręgierz może się dostać każdy, zarówno oskarżany, jak i oskarżający.

Nazywanie takiej rzeczywistości totalitarną może wywołać oburzenie. Obecnie na Zachodzie nie mamy obozów koncentracyjnych i nikt nam nie przykłada pistoletu do głowy. Warto jednak pamiętać, że zmieniła się podstawowa struktura naszej cywilizacji. Obecnie nośnikiem siły i władzy przestają być zmurszałe struktury administracyjno-państwowe z ich aparatem przymusu, ustępujące miejsca płynnej informacji i kulturowej soft power. Coraz częściej zwracamy uwagę na znaczenie mediów społecznościowych pod kątem ich możliwości w dziedzinie twórczej autoekspresji, a przez to potępienie wykluczające nas z ich obiegu uderza w podstawowe potrzeby wspólnotowej egzystencji. Ostracyzm nie musi już się wiązać z żadnymi fizycznymi dolegliwościami.

Indeks dzieł zakazanych dla współczesnego wrażliwca

Nawoływanie o mniejszą pochopność w ocenianiu innych może zostać zbyte wzruszeniem ramionami, gdyż ten cały lincz stanowi próbę zadośćuczynienia za krzywdę, której doznała ofiara. Czy ostracyzm powinien się jednak rozciągać również na dzieła danego twórcy?

W tym momencie warto wspomnieć o przemyśleniach Tadeusza Borowskiego, który w okresie zafascynowania komunizmem dostrzegł całą zbrodniczość egipskich piramid, ateńskich rzeźb i posągów. W nagłym przebłysku samoświadomości objawiła mu się totalna nieludzkość europejskiej kultury, gdzie krew lała się strumieniami, aby duch ludzki mógł wznieść się na swe wyżyny. Autorytet Borowskiego uświadamia nam, że tego typu absurdalne argumenty przemawiać mogą nawet do umysłów ponadprzeciętnie inteligentnych. Nie można więc ich ignorować i należy się z nimi mierzyć.

Czy moralnym jest spoglądanie na budowle wzniesione na niewyobrażalnym cierpieniu, czy też raczej powinniśmy „unieważnić” piramidy jako grobowce i pomniki ku czci zbrodniarzy?

Sugestia ta może wydawać się tak absurdalna, że aż niewarta wspomnienia. Jednakże jakiś czas temu w podobnym duchu publikował jeden z najbardziej znanych felietonistów „Krytyki Politycznej” – Jaś Kapela. W swoim felietonie tłumaczył, czemu szczerze ubawił go pożar katedry Notre-Dame i dlaczego nie należy jej odbudowywać, gdyż jej zgliszcza powinny stać się „symbolem władzy i przemocy, której musimy się wyrzec, jeśli chcemy przetrwać”. Tok myślenia Kapeli jest logiczny, konsekwentny, a przez to tak bardzo niebezpieczny.

Jeżeli chcielibyśmy bowiem rzeczywiście cancelować całe zło, zbrodnie i wyzysk zgodnie z naszymi obecnymi kryteriami, mało co spośród naszego dobytku kulturalnego mogłoby się ostać.

Tymczasem obok realnego cierpienia ludzkiego, towarzyszącego często sztuce, istnieją także realne dobra kulturowe i duchowe będące jej owocem. Jakkolwiek blisko z tą krzywdą związane odznaczają się też samodzielnym istnieniem. Tak samo jak piękno dzieła sztuki nie usprawiedliwia żadnej zbrodni, tak samo żadna zbrodnia nie unieważnia piękna sztuki. Owszem, może (a czasami nawet powinna) wpływać na nasze jej postrzeganie, to jednak dobra kulturowe należy zawsze odczytywać w stosownym kontekście. Z całą pewnością nie może się to jednak wiązać z unieważnieniem dziedzictwa. Zawsze można zastosować takie metody, jak bojkot czy ignorowanie, które w odróżnieniu od cancellingu pozwalają na twórcze zmierzenie się bądź zreinterpretowanie danego dzieła.

Jeżeli nie zwalczamy sztuki Caravaggia, który był wszakże mordercą, tak samo nie wydaje się słusznym wycofywanie z radia piosenek Morgana Wallena z powodu użycia słowa uznanego za rasistowskie. Równie absurdalne wydają się dążenia Uniwersytetu Edynburskiego do cancelowania jednego z najwybitniejszych filozofów w historii, czyli Davida Hume’a. A wszystko to… przez jego stosunek do niewolnictwa.

Nie musimy tutaj mówić tylko o karach administracyjnych, obalonych pomnikach i zerwanych umowach. Prowadzi nas to do bardziej ogólnego problemu, jakim jest kwestia wspomnianego już ostracyzmu społecznego, za którym idzie swoisty klimat intelektualny – wiecznego oglądania się za siebie, czy aby nie powiedziało się czegoś nieprawomyślnego, unikania kontrowersyjnych tematów i stopniowej autocenzury. Absolutyzm moralny Zachodu nie ogranicza się tylko do wymierzania sprawiedliwości za zbrodnie już popełnione, ale dąży także do tępienia uchybień o wiele bardziej niewyraźnych, obecnych na przykład w wyrażaniu „niepoprawnych” idei w dyskursie publicznym. Uderza on nie tylko w sztukę, ale również w środowiska naukowe, czego dowodem jest A Letter on Justice and Open Debate. Pośród jego sygnatariuszy jest nie tylko J.K.Rowling, ale także Noam Chomsky, Francis Fukuyama, Fareed Zakaria czy Michael Ignatieff.

Niekrzywdząca ubogość intelektualna

Przemiana w świadomości, której jesteśmy świadkami, mogłaby zostać po części zdefiniowana jako przejście od wartościowania: „prawda-fałsz” do „krzywdzące-niekrzywdzące”. Jakkolwiek trudno jest nie sympatyzować ze szczytnymi intencjami tego przewartościowania, to może ono jednak prowadzić do bardzo poważnego uszczerbku na naszym życiu intelektualnym. Najlepiej widać to na przykładzie wymagań, jakie coraz częściej są otwarcie stawiane sztuce, która powinna promować pozytywne, moralne wzorce, zwalczać rasizm, wzmacniać różnorodność. Problem w tym, że tego rodzaju wychowawcze funkcje sztuki były od jakiegoś czasu domeną państw totalitarnych bądź sztuki dziecięcej.

Dla mnie istotą sztuki jest prowokowanie i wyrywanie ze strefy komfortu, ukazywanie życia w całej jego złożoności i niejednoznaczności, pobudzanie do refleksji, także tej krytycznej. Kwestie, z którymi się nie zgadzamy, zmuszają nas do myślenia i dlatego mogą doprowadzić do zaproponowania kontrpropozycji zgodnej z naszymi wartościami czy wrażliwością. Czymś niezbędnym jest konfrontowanie się ze światopoglądami nam odległymi albo wręcz wrogimi, jeśli chcemy rozwijać się we wszystkich aspektach. Zamknięcie się w bańkach informacyjnych wywierających ogólnoświatową presję w celu narzucenia jednolitych norm kulturowych brzmi jak najkrótsza droga do kulturowej ziemi jałowej. Niemniej taki model poznawczy jest coraz silniej propagowany, a próby odejścia od niego wzbudzają niekiedy wybuchy paniki. Jeżeli na dłuższą metę izolujemy się od odległych nam światopoglądów, istnieje ryzyko, że nasz rozwój będzie ograniczony. Ujawnia się to przede wszystkim przy wybuchach nowych wojen kulturowych, które coraz częściej nas dotykają.

Apel jednego z dziennikarzy prestiżowego „The Guardian”, aby „unieważnić” Quentina Tarantino, pokazał to niezwykle wyraźnie. J.K. Rowling doświadczyła ostracyzmu nie tylko z powodu jednej z powieści, w której szwarccharakterem jest transwestyta, lecz także za niektóre ze swoich wypowiedzi na temat tej mniejszości. Podobna wrażliwość sprawia też, że pod lupę dostała się Psychoza Hitchcocka (całe szczęście nadal nieocenzurowana przez stację TCM). Powstało już parę artykułów i setki komentarzy wyrażających oburzenie na Manhattan Woody’ego Allena, w którym 42-letni główny bohater romansuje z 17-latką (aby nie było wątpliwości, trzeba dodać, że w Nowym Jorku wiek zgody to właśnie 17 lat, a związek jest konsensualny). Tego rodzaju moralne oburzenie nie dziwiłoby być może ze strony środowisk religijnych, ale ze strony lewicowego „New York Timesa” chyba powinno. W końcu to lewica stoi na stanowisku wolności światopoglądowej, także w kwestiach seksualności, jeśli tylko spełniony jest warunek świadomej zgody dojrzałej osoby. Jeżeli osiągnięcie wieku zgody nie potwierdza możliwości decydowania o sobie samym w tej sferze życia, to cała ta logika stoi pod wielkim znakiem zapytania.

Dziennikarka prestiżowego (i także lewicowego) „The Washington Post” zaapelowała w lutym 2021 r., aby nie cancelować Williama Shakespeare’a, w którego twórczości znajdują się elementy rasistowskie. Znowu możemy uznać całą tę histerię za sprawę iście kabaretową i ze wszech miar nierealną. Problem w tym, że wpisuje się ona w żelazną logikę tego procesu. Dla kogoś, kto propaguje cancel culture, sprawa musi być oczywista. Jeżeli Hume-rasista powinien być zdjęty z cokołów, to Shakespeare-rasista także.

Kultura przyszłości, czyli ze skrajności w skrajność

Ostatnia kwestia dotyczy kształtu nowej kultury, która tworzy się na naszych oczach. A mamy do czynienia ze zmianą iście rewolucyjną – postępującym uwrażliwieniem na drugiego człowieka i jego potrzeby, z każdym rokiem sięgającym coraz dalej.

Trudno jest nie wychwalać postępu społecznego dokonanego zwłaszcza w okresie po 1945 r. Zachowania jeszcze jakiś czas temu uznawane za względnie normalne, teraz postrzega się jako odrażające. Otwarte promowanie antysemityzmu czy rasizmu będącego normą chociażby w okresie międzywojennym, teraz jest absolutnym marginesem dyskursu publicznego. Przemoc fizyczna w państwach Zachodu jest coraz zacieklej zwalczana, gwałty i molestowanie seksualne powoli przestają uchodzić na sucho możnym tego świata. Nawet takie pozornie niewinne zachowanie, jak klepnięcie kobiety po pośladkach (co było normą jeszcze chociażby w filmie o Jamesie Bondzie z 1963 r.) jest postrzegane dużo gorzej niż jak niesmaczny anachronizm. Od znieczulicy kierujemy się w stronę coraz większej wrażliwości na innych, od apatii do silnie rozwiniętej empatii.

Pojawia się jednak inny problem: czy wahadło nie wychyla się przypadkiem w drugą stronę i czy nie tworzymy kultury już nie tyle wrażliwej, co zwyczajnie przewrażliwionej?

Mówimy o długofalowych trendach społecznych. Wydaje się, że obecna debata publiczna ulega postępującej subiektywizacji, dlatego coraz częściej przypomina  starcie ludzi zamkniętych w swych światopoglądowych bańkach, dla których najbardziej zasadnicze kryterium odniesienia stanowią własne emocje. Oznacza to zarazem uwiąd argumentów odwołujących się do autorytetu rozumu. Miejsce racjonalnego dyskursu zajmuje próba sił wrogich sobie plemion, dokonywana na gruncie polityki tożsamości, której narzędziem jest sentymentalizm lub szantaż emocjonalny. Jednak podział na wspomniane plemiona stanowi tylko jeden z etapów, którego końcowym rezultatem jest absolutyzacja własnego Ja będącego jedynym probierzem rzeczywistości. Wszelka krytyka zostaje przez to odebrana personalnie jako atak na daną osobę. Pisał o tym m.in. Mark Lilla, który wskazywał na paradoksalne korzenie współczesnej „tożsamościowej” lewicy w indywidualistycznej spuściźnie, m.in. Ronalda Reagana i neokonserwatystów.

Zamiast szukać wspólnego pola dla debaty opartej na rozumie, a nie na emocjach, zamykamy się coraz bardziej w swoich subiektywnych rozstrzygnięciach, które zaczynają przypominać oblężone twierdze. Nawet pojedyncze słowo może się stać czymś dogłębnie godzącym w poczucie naszej godności, a w konsekwencji zaczyna być odbierane jako mowa nienawiści. Współegzystowanie z osobami posługującymi się całkiem odmiennymi światopoglądami staje się dla nas coraz bardziej bolesne. Często dotyka osób, które określają się jako tolerancyjne, tyle że margines poglądów, których owa tolerancja nie powinna dotyczyć, cały czas się zwiększa, aż do momentu, w którym zostanie z niej tylko szacunek dla osób o poglądach zbliżonych do nas.

Tego rodzaju nadwrażliwość dla młodych pokoleń staje się naturalnym elementem krajobrazu, niebudzącym żadnego sprzeciwu. Jakie jednak będzie to miało konsekwencje dla naszego życia kulturowego i intelektualnego? Klimat będzie z pewnością coraz bardziej duszny. Okrzyki o „dyktaturze poprawności politycznej” są niekiedy używane przez skrajną prawicę, aby usprawiedliwiać treści ekstremalne i nienawistne. Nie możemy jednak z góry odrzucić możliwości „dyktatury miłości” czy „dyktatury tolerancji”, przed którymi ostrzegał nas już Fiodor Dostojewski w swojej Legendzie o Wielkim Inkwizytorze. Lepiej chyba zawczasu zasygnalizować zagrożenie (nawet jeśli okaże się to potem niesłuszne), niż mieć później wyrzuty, że nic się nie zrobiło. Może uda nam się dzięki temu uniknąć niebezpieczeństwa pojawienia się całego pokolenia osób niezdolnych do poruszania trudnych tematów.

Zobacz również: