Dziś w Kinie na Bursztynowym Szlaku w Pruszczu Gdańskim miała miejsce premiera filmu „Prustis”, opowiadający historię Pruszcza Gdańskiego i okolic. 90 minutowe dzieło ma ogromny potencjał i robi duże wrażenie, choć ze względu na wiele nieścisłości, wymaga jeszcze sporo pracy.

„Prustis” to efekt wielomiesięcznej pracy Tomasza Potejko, znanego w przestrzeni internetowej miasta i powiatu, jako „Sfilmowany”. Zdaniem twórcy jest to jeden z pierwszych polskich filmów pełnometrażowych, wytworzonych za pomocą AI. Co ważne – podkreśla to autor i widać to na ekranie, nie są to jednak losowe ujęcia, wygenerowane przez AI na podstawie jednego zdania, ale w większości efekt długotrwałej pracy z panelem sztucznej inteligencji. W dużej części produkcja interesuje, a czasami zachwyca. Ożywione XIX i XX wieczne pocztówki, rekonstrukcje dworca, budującej się cukrowni, czy sugestywnie przedstawiona martyrologia marszu śmierci, robią duże wrażenie. Podobnie jak bardzo dobra opowieść o doktorze Wiedemannie, którego postać została bardzo realistycznie odtworzona przez AI.

W wielu miejscach produkcja zaskakuje też trafnością spojrzenia na wiele zagadnień. Tak jest na przykład z bardzo dobrze ujętym zagadnieniem relokacji ludności po 1945 roku, ze wschodu na zachód. To ważne – z relokacją, a nie repatriacją. Widać, że autor starał się być jak najbardziej wierny historycznie. Wspomagał się w wielu fragmentach też wiedzą historyków, m.in. Marka Kozłowa, czy Tomasza Błyskosza z NID, Dariusza Dolatowskiego, a czasami i piszącego te słowa. Warto pochylić się też nad stworzoną lokalnie, bardzo dobrą muzyką autorstwa Lud Hauzy. Plusy przeważają, ale…

Pierwsze wyświetlenie filmu pokazało, że przed oficjalną premierą, należy wykonać jeszcze sporo pracy. Niezgodna z prawdą historyczną jest narracja, dotycząca chociażby okresu krzyżackiego. Tutaj błędów jest sporo. Zwłaszcza okoliczności zajęcia Gdańska i okolicznych ziem w 1308 roku przez rycerzy zakonnych. Podobnie – polskie szkoły w Trąbkach Wielkich i Ełganowie działały do września 1939 roku, a nie jak podano do roku 1938. Warto poczynić rozróżnienie na pierwsze i drugie Wolne Miasto. To tylko niektóre z istotnych uwag merytorycznych. Do tego dochodzą błędy animacyjne. Nowożytni artylerzyści korzystają z zapałek. Szwedzka piechota z okresu Potopu Szwedzkiego ma na głowie amerykańskie hełmy M1 i korzysta ze współczesnych map, Wehrmacht strzela czasami z muszkietów. Polski żołnierz z 1939 roku przypomina bardziej fińskiego szeregowego. Takich zakrętów jest więcej, a biorąc pod uwagę, że z produkcji uczyć się będą lokalnej historii młodzi ludzie, przed upowszechnieniem należy je poprawić. Tym bardziej, że całościowo film ma potencjał na naprawdę bardzo dobrą produkcję. Nie mogę się zatem doczekać ostatecznej wersji, którą jeszcze raz z ochotą zobaczę.
(Red.) fot. Bartosz Gondek

