niedziela, 2 października, 2022

U ordynata na salonach

foto/Karolina Łucja Białke

Pojawia się nagle, tuż za zakrętem, skryty za leciwymi drzewami… I robi niesamowite wrażenie już od bramy, nad którą gości ordynata wita dewiza „To mniey boli”. W niewielkiej wioseczce na lubelszczyźnie – w Kozłówce stoi przepiękny pałac należący niegdyś do Zamoyskich. 

To jedno z tych miejsc, które niczym kapsuła czasu, przenoszą nas prosto do XIX wieku, gdy rezydencja w Kozłówce przeżywała okres swej świetności – a to za sprawą oryginalnego wyposażenia – poczynając od zastawy stołowej na powozach kończąc. Do historii tego wyposażenia wrócimy później.

U ordynata na salonach

Przekraczając pałacowe wrota jesteśmy podejmowani jak najdrożsi goście, kroczymy po czerwonych dywanach niczym gwiazdy filmowe – poruszamy się reprezentacyjną klatką schodową ozdobioną monumentalnymi obrazami, zaglądamy do przeogromnego Salonu Czerwonego, o gigantycznej powierzchni 100 metrów kwadratowych i wysokości 9 metrów, bardziej kameralnego Salonu Białego, do Gabinetu Hrabiego, Pokoju Egzotycznego oraz zaglądamy do alkowy obojga państwa, przechodząc przez ich oddzielne sypialnie oraz łazienki. 

Pomieszczenia reprezentacyjne urządzone zostały przez Konstantego Zamoyskiego i jego małżonkę Anielę z Potockich na modłę francuską, a niektóre elementy wprost skopiowano z Wersalu. Długo można wymieniać elementy wystroju: meble gdańskie, włoskie, kolbuszowskie, miśnieńskie piece (jedyne w swoim rodzaju – gdyż hrabia polecił w manufakturze wytłuc wszystkie formy do kafli – by nikt inny nie zamówił takiego samego), marmurowe kandelabry, kryształowe lustra w złoconych ramach(każde w innej) – porcelanowa zastawa, kolekcja sreber, dywanów… Trudno nawet wszystko wymienić. Jednak znacznie ważniejsze jest wrażenie i ekspozycja tych przedmiotów w Muzeum. Zwiedzając je – mamy poczucie, że hrabia był w swoim gabinecie jeszcze chwilę temu, a zaraz wejdzie do swej sypialni, gdzie czeka na niego surdut. Podobne odczucia towarzyszą nam, gdy znajdujemy się w komnacie hrabiny. O jej obecności przypominają pozostawione przy francuskim szezlągu czerwone, domowe pantofle.

Pozostała część artykułu znajduje się TU